Po pierwsze, że każde przymierze, które Bóg zawiera z ludźmi opiera się na Jego sprawiedliwości, czyli wierności Jego obietnicom i słowom. Naród Wybrany jest nim nadal nie ze względu na jego własną wierność, lecz ze względu na wierność Boga. To właśnie ma na myśli św. Paweł w Liście do Rzymian, gdy pisze, że „Co prawdą – gdy chodzi o Ewangelię – są oni nieprzyjaciółmi [Boga] ze względu na wasze dobro; gdy jednak chodzi o wybranie, są oni – ze względu na przodków – przedmiotem miłości. Bo dary łaski i wezwanie Boże są nieodwołalne” (Rz 11, 28-29). Nieodwołalne nie z powodu człowieka, jego cnotliwego i bezgrzesznego życia, lecz dlatego, że Bóg jest bezstronną, bezinteresowną i nieskończoną miłością. To, co człowiek zrobi z tą miłością, to już inna sprawa. Postrzeganie Boga przez pryzmat ludzkiej sprawiedliwości jest jednym z form demonicznych obrazów Boga.
Św. Paweł pisze, że jego rodacy są przedmiotem miłości także ze względu na przodków, którzy zachowywali przymierze, albo raczej, którym Bóg obiecał wierność w przymierzu. Bóg nie wycofuje swojej miłości, chociaż w Starym Przymierzu co rusz słyszymy, że gniewa się na lud, bo trudno żeby się nie gniewał, jeśli odejście od Niego powoduje cierpienie Jego dzieci. Ale to nie jest gniew rozdrażnionego i mściwego Zeusa. Trwa on tylko przez chwilę, jak powie Psalm
Jak można być jednocześnie nieprzyjacielem Boga ze względu na Ewangelię i przedmiotem miłości ze względu na przymierze z przodkami? Mój dobry znajomy podzielił się dobrą intuicją w związku z tym. Mówi, że jak najbardziej można kochać kogoś, kto jednocześnie bywa chwilami a czasem w ogóle wrogiem. Dawid kochał Absаloma, chociaż jego syn stał się dla niego nieprzyjacielem. Musiał nawet z nim walczyć. Jednak rozpoczął bardzo, kiedy Absalom uwikłany włosami w gałęzie drzewa został ugodzony włócznią przez dowódcę armii Dawida. Słowem, chyba rodzice najbardziej doświadczają tego, o czym pisze św. Paweł. Ale tylko ci, którzy rzeczywiście kochają swoje dzieci. Bo jeśli kochają ich tylko za coś, albo do momentu, gdy spełniają ich oczekiwania, a nawet rozkazy, to zdanie św. Pawła jest wtedy skandaliczne dla nich.
Ile rodziców kocha swoje dzieci uwikłane w ciężkie uzależnienia, chociaż musi zamknąć przed nimi drzwi, aby w końcu podjęli terapię. Nie czynią tego dlatego, że życzą źle dziecku. Przeciwnie, czynią tak dla jego dobra.
Co więcej św. Paweł uważa, że nie przyjęcie Jezusa jako Mesjasza przez większość Izraelitów było…. potrzebne. Jeśli Jezus miał umrzeć na krzyżu, to w jaki sposób miałby tak umrzeć, gdyby nie został odrzucony? Oczywiście, nikt z oskarżycieli tak nie myśli. Uczynili realne zło. Wydali na śmierć sprawiedliwego. Ale św. Paweł pisze tak:
„Przez ich przestępstwo zbawienie przypadło w udziale poganom, by ich pobudzić do współzawodnictwa. Jeżeli zaś ich upadek przyniósł bogactwo światu, a ich pomniejszenie – wzbogacenie poganom, to o ileż więcej przyniesie ich zebranie się w całości!” (Rz 11,11-12) . Stało się tak, aby najpierw mogli wejść do Kościoła poganie wespół z Resztą Izraela, która przyjęła Jezusa jako Mesjasza. Ale któregoś dnia także i Naród Wybrany osiągnie zbawienie. Nie poza Chrystusem. Nie z wykluczeniem Jego śmierci i Zmartwychwstania, ale na końcu czasów. Jak? Kiedy? To chyba już nie nasze zmartwienie.
Po drugie, przyjęcie tego, że Bóg jest wierny swojemu przymierzu, co więcej, jego owoce ostatecznie się zrealizują, jest trudne do pojęcia, jeśli postrzegamy Boga jako Zeusa, który jest tworem ludzkim. Bóg „Zeus” uzależnia swoją życzliwość od naszej odpowiedzi. Bo tak go sobie tworzymy na nasz obraz. Wychowani w kulturze, która wszystko warunkuje, a także w katolicyzmie opartym bardziej na religii i prawie rzymskim niż na Ewangelii, możemy mieć niemały problem z akceptacją tego, że Bóg objawiony przez Jezusa Chrystusa nie zmienia swojego nastawienia do nas tylko dlatego, że my odwracamy się od Niego lub robimy co chcemy.
Najczęściej to wypaczenie pojawia się w kontekście grzechu i sakramentu spowiedzi, gdzie wmawiamy nieraz już dzieciom, że nasz grzech powoduje, iż Bóg odwraca się od nas, obraża się, już nas nie kocha, zrywa z nami relację. Taka wizja Boga bardziej opiera się na sprawiedliwości ludzkiej niż biblijnej, która polega na tym, jeszcze raz, że Bóg wierny jest Słowu danemu człowiekowi.
Myślę, że gros nauczania w Kościele, i to przez długie wieki, odwoływało się do tego, co Zygmunt Freud zdefiniował jako superego. To część naszej psychiki, Biblia by może powiedziała, że serca, która nas socjalizuje, która jest wewnętrznym rodzicem w dziecku. Superego działa przez emocje, głównie przez strach i obawę przed utratą troski i miłości rodziców, jeśli zrobi się coś, czego oni nie pochwalają. Działa głównie przez zakazy i ograniczenia. Na przykład, dziecko małe po pewnym czasie wie, że nie można wbiegać na ulicę, bo tak często z gniewem mówiła mama lub tata. Rodzice nie robili tego jednak dlatego, że zabraniają dziecku niesamowitego „szczęścia” potrącenia przez samochód lub nawet śmierci. Taki etap moralności dziecka jest i potrzebny, i jedyny możliwy. Z biegiem lat powinno się z niego wyrosnąć. Ale różnie bywa. Sęk w tym, że my utożsamiamy Boga z superego, często zupełnie bezwiednie, i zwłaszcza jako księża i wychowawcy głosimy go jako Boga prawdziwego. I to nie tylko dzieciom, lecz także dorosłym. No bo można postraszyć, bo doskonale wtedy uzależnia się przychylność Boga od naszego postępowania, bo doskonale pasuje to do systemu kościelnego, który nieustannie przebłaguje Boga obrażonego i zranionego naszymi grzechami. Superego działa za pomocą poczucia winy, a nie sumienia. Dodałbym, że takie superego może być też pewną zbiorową świadomością. Moje dotychczasowe doświadczenia spowiednika i tego, który towarzyszy ludziom dowodzi, że wielu z nas nie przekracza superego. Co więcej, nie ma innego doświadczenia Boga poza tym, w które wplątane zostało superego. Bóg to Zeus.
Weźmy prosty przykład. Niedawno rozmawiałem z pewnym młodym człowiekiem, uznającym się za ateistę, który przekonywał mnie, że Bóg, który rzekomo kocha ludzi, wygnał Adama i Ewę z raju, ponieważ nie zrobili tak jak On chciał. Wyraził on tym samym dosyć typową interpretację 3. rozdziału księgi Rodzaju opartą właśnie na fałszywych przesłankach i na ludzkim superego. Bóg ich przegnał, bo się obraził i zemścił. Gdy jednak zajrzymy do żydowskiego komentarza do Tory, nic takiego tam nie znajdziemy. Zresztą uważna lektura samego tekstu prowadzi do wniosku, że Bóg jest tam pokazany jako troskliwy ojciec i matka. I wcale nie przegnał Adama i Ewy z zemsty, lecz pod wpływem miłości: aby nie żyli w takim stanie wiecznie.
Po trzecie, wydaje się, że wielu z nas nie czytało jeszcze ani Listu do Efezjan, ani Listu do Galatów. Tam roztacza się przed nami wizję Kościoła, który składa się z wszystkich narodów, w tym z Żydów. Chrystus przynosi tak wielką nowość, tak bardzo przekracza wszelkie nasze podziały, że tworzy zupełnie inne podstawy jedności. Podziały na Żyda i Greka, niewolnika i wolnego, a nawet męskości i kobiecości, w Ciele Chrystusa zanikają, ale tylko wtedy, jeżeli ludzie rzeczywiście zostaną dotknięci łaską, nawrócą się, przyjmą zupełnie inną perspektywę. Często po prostu nic się nie zmienia, to znaczy nadal kierujemy się różnymi światowymi podziałami, ponieważ chrzest nie bywa pochodną przyjęcia Ewangelii i nawrócenia, lecz po prostu chrzczenia, bo wszyscy się chrzcili, Chrześcijaństwo bywało tylko ubrankiem na nagie ciało, które pozostało takie jakie było.
Po czwarte, zbawia miłość Boga, przyjęta przez człowieka, a nie sama przynależność do ludu wybranego, czy to będzie Izrael, czy Kościół. Zbawienie to upodobnienie do Boga, a nie gadanie o Nim i chodzenie po ulicach z transparentami.
Po piąte, kłopot z przyjęciem sprawiedliwości Boga opisany jest wyraźnie przez Jezusa w przypowieści o robotnikach w winnicy (tych, co to pracowali różną ilość godzin w ciągu dnia, ale potem wszyscy otrzymali tę samą zapłatę), jest opisana w przypowieści o miłosiernym ojcu, gdzie rolnicy pracujący cały dzień i starszy brat wyrażają oburzenie z powodu niesprawiedliwości właściciela winnicy czy ojca. Bo patrzą na nich przez pryzmat ludzkiej sprawiedliwości.










