Dopiero wczoraj przeczytałem List KEP w związku z 40 rocznicą wizyty Jana Pawła II w synagodze w Rzymie. Nie miałem możliwości zrobić tego wcześniej. Nie śledziłem również reakcji różnych środowisk na ten list. Ale trochę sobie poczytałem te „reakcje”. I cóż, powiem szczerze, wcale się nie zdziwiłem skalą hejtu, nieporozumień i nadintepretacji. Poniżej kilka refleksji w związku z listem i kontrowersjami, które zrodziły się wokół niego.
Jak w większości przypadków w naszych czasach, dużym katalizatorem negatywnych reakcji jest niewłaściwe obchodzenie się z informacjami i treściami w internecie. To medium umożliwia obecnie, że prawie każdy komentator w internecie jest ekspertem w kilku dziedzinach. Przynajmniej na takiego się kreuje, chociaż żadnym eskpertem nie jest. Co więcej, sam tego wielokrotnie doświadczyłem, że po prostu wiele ludzi w ogóle nie czyta całego tekstu, bo wystarczy, że natrafią na jakieś „drażliwe” słowo lub jedno zdanie i już wyrabiają sobie opinię, nie czytając dalej. Tak naprawdę to nie jest opinia autora tekstu, tylko zdanie to prowokuje ujawnienie się tego, co mają w głowach i sercach odbiorcy. Nieraz można się setnie uśmiać, co poszczególni odbiorcy wyczytują z napisanego tekstu. W ogóle tej treści tam nie ma, ale chcieliby, żeby tam była, bo to potwierdza ich lęki i opinie. Słowem, najczęściej spory wywołują interpretacje poczynione w dodatku w oparciu o wycięte z kontekstu zdania, bo przeczytanie całego tekstu wymaga już czasu i wysiłku. W czasach, w których chcemy o skomplikowanych sprawach zdobyć wiedzę w 2 minuty i w 3 zdaniach, bo tak nas nauczyły już smartfony, tik-toki, instagramy i inne media, wcale mnie nie dziwi, że co rusz pojawiają się burze w szklance wody.
Powtórzę tylko za innymi, że list ten nie zawiera żadnych herezji ani nowinek. Dlaczego wzbudził oburzenie? Ano dlatego, że, jak się okazuje, nawet ludzie wykształceni nie znają nauczania ostatniego Soboru albo odrzucają część jego nauczania lub opacznie go interpretują. I dotyczy to nie tylko relacji Kościoła z judaizmem. Podobnie jest w innych dziedzinach. W polskim katolicyzmie w dużej mierze króluje teologia przedsoborowa. Pewne rzeczy zostały wprowadzone, to znaczy przywrócone do pierwotnej wersji, ale sporo jeszcze nie. Wystarczy napisać coś o biblijnym i soborowym rozumieniu kapłaństwa Ludu Bożego i natychmiast pojawi się zarzut o modernizm, protestantyzm, kacerstwo. Wystarczy napisać, że odpusty, różaniec, objawienia prywatne nie są żadnym obowiązkiem, lecz opcją do wyboru dla poszczególnego wierzącego, a zostanie się obwołanym burzycielem katolickiej wiary. I tak można by mnożyć przykłady. Niektórzy nie przyjmują do wiadomości, że w Kościele rozwija się rozumienie Objawienia. Twierdzą błędnie, że cała doktryna jest odwiecznie niezmienna, co jest nieprawdą. Często świadczy o nieznajomości historii Kościoła. Niektórzy nie widzą różnicy między dogmatami a moralnością, między dyscypliną Kościoła podlegającą Jego decyzji a przykazaniami Bożymi itd.
Myślę, że wszystko sprowadza się do tego, o czym mówi Jezus w Ewangelii na wielu miejscach. Jest to problem starszego brata z przypowieści o miłosiernym ojcu, problem robotników winnicy pierwszej godziny, którzy oburzyli się, że otrzymali tę samą zapłatę co robotnicy ostatniej godziny, czy oburzenie tłumu na to, że Jezus poszedł w gościnę do „grzesznika” Zacheusza. A na czym on polega? Na przekonaniu, że zbawienie jest zapłatą za naszą pracę i wysiłek. Wielu komentatorów zwłaszcza wśród środowisk tradycjonalistycznych i takich portali jak PCH24 oburza się na to, że, ich zdaniem, list sugeruje, iż Żydzi nie potrzebują Jezusa Chrystusa i mogą dojść do zbawienia bez Niego. Nie ma takiego człowieka na ziemi, który by mógł dojść do Ojca poza Chrystusem. Tak, takich „Żydów” to jest znacznie więcej, bo pośród tych „Żydów” mogą pojawić się wyznawcy hinduizmu, buddyzmu, niewierzących w Boga. I to boli, bo jeśli człowiek próbuje żyć Ewangelią dlatego, aby otrzymać zapłatę za wyrzeczenia. za odejmowanie sobie tylu „przyjemności”, ograniczanie siebie, a potem dostanie to samo, co ludzie, którzy tego nie czynili, to istotnie ból serca jest ogromny. Oznacza to, że nadal żyje mentalnością zakazanego owocu. Bóg mu zabrania zrywania tego owocu, no ale ze strachu to lepiej się powstrzymać, bo Bóg…. wygna z raju.
Dopiero co w Wielki Piątek modliliśmy się w Modlitwie Powszechnej za wyznawców judaizmu, za niewierzących w Chrystusa, a nawet w Boga. Ale, co ciekawe, a może nawet oburzające, nie prosiliśmy, żeby wszyscy stali się świadomymi członkami Kościoła. Prosiliśmy, przypomnę, aby „niewierzący w Chrystusa, postępując zgodnie z sumieniem znaleźli prawdę; i abyśmy przez wzrost we wzajemnej miłości oraz pełniejszy udział w tajemnicy Twego życia, stali się w świecie doskonalszymi świadkami Twojej miłości”, a ci, którzy nie uznają Boga, „aby w szczerości serca postępowali za tym, co słuszne, i tak mogli odnaleźć samego Boga”. Nie ma mowy o tym, aby zostali wcieleni do Kościoła. Jednak w sytuacji, gdy katecheza o sumieniu w polskim Kościele praktycznie leży, a samo sumienie często przedstawiane jest jako samowola i ludzka zachcianka, gdy nic się nie mówi o wewnętrznym prawie, które Bóg obiecał wypisać w sercach ludzi już w Starym Przymierzu, to trudno się dziwić, że odbiera się wtedy samemu Bogu i oświeconemu przez Chrystusa człowiekowi ( o czym mówi początek Ewangelii według św. Jana) możliwość działania poza sakramentami i oficjalną przynależnością do Kościoła.
Reakcja starszych braci w Kościele, którą przepowiedział Jezus w Ewangelii, spowodowana jest inną rażącą herezją, którą chętnie kontynuujemy, bo jest siłą napędową kościelnego systemu, wrogiego Ewangelii. Jest nią mentalność zasługi. Zachowanie przykazań nie jest wtedy owocem przyjętego zbawienia, lecz warunkiem zbawienia w przyszłości. I jeśli do tego dodamy strach przed Bogiem, przed karą, przed potępieniem, który będzie motywacją wiodącą i traktowanie przykazań tak, jakby Bóg pozbawiał nas niezliczonych przyjemności i zakazanych owoców, którymi przecież mogą się cieszyć niewierzący w Chrystusa, to wcale się nie dziwię fali oburzenia. Bo to w istocie po ludzku niesprawiedliwe. Człowiek się stara, haruje na tym polu jak starszy brat, a potem i tak zostaje zrównany z tym, co nie pracował. Więcej, z tym, który hulał. I to rzeczywiście jest skandal. Z tego powodu Jezus został przybity do krzyża, bo ten skandal głosił i sam był skandalem. Jeśli jednak chrześcijanin żyje Ewangelią mocą Ducha Świętego, nawet jeśli ciągle upada, i ma świadomość, że nawet najmniejsze dobro, które uczyni i jest w stanie przekazać innym, jest nade wszystko darem Boga, jeśli jego moralność jest owocem przyjmowanej miłości Boga, to będzie skakać z radości, gdy nagle okaże się, że i ten, kto tak nie żył, „nie zasłużył”, również otrzyma to samo. Nie powinien się smucić, kierować resentymentem, lecz przeciwnie. Jeśli życie chrześcijańskie jest najpierw świadectwem o istnieniu królestwa Bożego działającego w tym świecie i uczestnictwem w nim, to tym bardziej powinniśmy się cieszyć, że Bóg doprowadzi innych ludzi, w sobie wiadomy sposób, do zbawienia. Za mentalnością zasługi w ostateczności kryje się żal do Boga, że traktuje nas niesprawiedliwie
Mnie osobiście w ogóle nie przeszkadza, gdyby Bóg powiedział: „Wiesz, oprócz ciebie, przyprowadzę do królestwa innych ludzi, którzy przez całe życie mnie nie znali albo nawet czynili zło”. Dzisiaj bardzo bym się ucieszył z tego powodu, że wszyscy mogą zakosztować i mieć udział w tak wielkiej dobroci Boga, a moje nieudolne życie według Ewangelii, która i tak mnie przerasta, to tylko jakiś promyczek Bożego światła w tym świecie. Nie jestem światłem, jestem tym małym płomyczkiem, który wczoraj odpalałem od Paschału. W tym właśnie przejawia się skandaliczna głębia miłosierdzia Boga. I właściwie człowiek widzi to wyraźniej gdy sam doświadczy radykalnej bezsilności, upadku, gdy już nie czuje się lepszy od żadnego człowieka na tej ziemi. Nie przeczę, że z pewnością znacznie trudniej byłoby mi się ucieszyć ze zbawienia tego, kto wyrządził mi ogromną krzywdę. Ale z góry przyznaję, że nie wierzę, abym sam z siebie potrafił przebaczyć.
Całkiem niedawno doświadczyłem niemało pogardy ze strony tych, którzy uważali, że są…. lepsi. Moja codzienna modlitwa do Ducha Świętego brzmiała tak: „Duchu Święty, strzeż mnie przed pogardą do innych i do siebie”. I Duch Święty sprawia rzeczy po ludzku niemożliwe.
Okoliczności i czas opublikowania tego listu rzeczywiście są trochę niefortunne. Choć nie jestem pewien, czy reakcje na list byłyby diametralnie inne, gdyby nie obecna sytuacja na Bliskim Wschodzie. Mam znajomego w Stanach, profesora żydowskiego pochodzenia, który jest przez swoich niektórych rodaków oskarżany o… antysemityzm. A dlaczego? Bo nie zgadza się z syjonizmem, z polityką prowadzoną przez obecnego premiera Izraela. To nasz sposób radzenia sobie z nieschematycznymi zachowaniami. Ale to też już było. Jezus został wyzwany od opętanych, Samarytan, wariatów, żarłoków i pijaków. Aby uchronić swój czarno-biały świat przed rozpadem wtłacza się innych w odpowiednie szufladki, nakleja łatki, by niczego nie musieć zmieniać w sobie. Być może zabrakło w liście tego doprecyzowania, że w przypomnieniu o nieodwołalnych darach Boga, o trwającym przymierzu wiernego Boga, nie chodzi o legitymizację i usprawiedliwianie ludobójstwa w Gazie czy powoływania się na Słowo Boże, by uzasadnić przemoc i wojnę. Tu tak naprawdę chodzi ciągle o chwałę Boga i ukazywanie Jego wierności, nawet jeśli wyznawcy judaizmu czy my sami w Nowym Przymierzu, je łamiemy.










