Kiedy pod koniec 2001 roku Wydawnictwo WAM wypuściło niepozorną książkę, bez zdjęć, w nakładzie dwóch tysięcy egzemplarzy. Nikt nie spodziewał się rynkowego trzęsienia ziemi. Skromna zakonnica, która w jezuickiej kuchni przy ulicy Kopernika w Krakowie miała spędzić zaledwie rok, z dnia na dzień stała się najpopularniejszą autorką kulinarną w kraju. Za tym niezwykłym sukcesem nie stał jednak sztab PR-owców, lecz historia skromnej dziewczyny z Dylągowej, która uciekała przed pożarem, harowała w czechosłowackiej hucie i gotowała z miłości do Jezusa. Oto opowieść o życiu pełnym smaku, w którym zapach pieczonego sernika splata się z twardą, powojenną rzeczywistością.
Krystyna Pustelnik przyszła na świat w listopadzie 1950 roku w małej wsi Dylągowa na Podkarpaciu. Jej rodzina ledwo co wróciła z trzyletniego wygnania we wsi Łubno, gdzie schroniła się po tym, jak oddziały UPA spaliły ich dom. Podczas tamtej ucieczki matka Antonina własnoręcznie wyciągnęła z płonącego budynku niepełnosprawną teściową, wyrzuciła przez okno kredens i wypędziła zwierzęta z obory. Mała Krysia wychowywała się w skromnej izbie z klepiskiem jako najmłodsza z piątki dzieci, a jej ojciec Michał zmarł zaledwie pół roku po jej narodzinach. Życie na wsi w powojennej Polsce oznaczało twardą codzienność: brak prądu, czytanie lektur przy lampie naftowej oraz ciągłe kontrole państwowe uboju i mielenia mąki.
Bieda nie odbierała jednak mieszkańcom Dylągowej specyficznego poczucia humoru i przywiązania do dawnych zwyczajów. W wigilijny wieczór kobiety miały bezwzględny zakaz wychodzenia z domu, by nie sprowadzić nieszczęścia, za to Krysia wraz z bratem Tadkiem ruszała do sadu na osobliwy rytuał. Brat brał ze sobą siekierę, a dziewczynka miskę klusek zwanych kokotkami – gdy Tadek robił zamach na drzewo owocowe, Krysia prosiła w imieniu pnia o litość, obiecując owoce dorodne niczym kokotki. Dziewczęta zamiatały też izbę i wyrzucały śmieci na pole, wsłuchując się, z której strony najpierw zaszczeka pies, co miało wskazywać kierunek, z którego nadejdzie przyszły narzeczony. Jak wspominała po latach siostra Anastazja, w jej przypadku pies powinien zaszczekać z południowego zachodu, bo w młodości próbowano ją zeswatać z pewnym sympatycznym Czechem.

Ziemniaki na zgliszczach i motyl z ogłoszeniem
Przełomowy moment w życiu siedemnastoletniej Krysi nadszedł w lipcu 1967 roku, podczas żniw rzepaku. Zmagająca się z chorobą płuc mama Antonina usiadła na progu domu i powiedziała córce: „Krysiu, zrób nam coś do jedzenia, a ja tu poczekam na Tadka”. Zmarła przed przybyciem lekarza. Następnego dnia rano Krysia przyrządziła swoje pierwsze w pełni samodzielne danie – ziemniaki z kwaśnym mlekiem. Została z bratem na czterohektarowym gospodarstwie, ucząc się wypieku chleba metodą prób i błędów; pierwszy spalili, drugi wyszedł jako zakalec, dopiero trzeci okazał się udany. Gdy brakowało tłuszczu do pierogów, bogaci sąsiedzi poczęstowali ich zaledwie małą łyżeczką masła. Pragnąc zarobić na ubrania, Krysia wypatrzyła w „motylu” – papierowej kartce z ogłoszeniami krążącej od domu do domu – informację o pracy w Czechosłowacji. Trafiła do huty szkła w Valašské Meziříčí i Vsetínie, gdzie po szesnaście godzin polerowała kineskopy, a po pierwszej marnej wypłacie z głodu jadła jabłka, które spadły z drzew…
Mimo że matka czeskiego znajomego widziała w niej idealną synową i co tydzień obdarowywała słodkościami, wizja małżeństwa zupełnie nie pociągała młodej dziewczyny. Mieszkając w hotelu robotniczym z koleżanką, której siostra była zakonnicą, Krysia postanowiła napisać list do Zgromadzenia Córek Bożej Miłości w Krakowie. Zaznaczyła w nim ze humorem jeden kluczowy warunek: wstąpi, ale pod warunkiem, że nie jest to zakon kontemplacyjny. Przyjazd z biednej wsi do krakowskiego domu przy ulicy Pędzichów był dla niej cywilizacyjnym wstrząsem – piękna kamienica i błyszczące parkiety oszołomiły dziewczynę wychowaną na klepisku. Nawet w zakonie dopadły ją jednak chwile ciężkiej walki duchowej, kiedy podczas rozmyślań słyszała wyraźny głos nakazujący jej porzucenie tej drogi. Odpowiadała nań krótko: „Idź precz ode mnie, diable!”, aż po kilku tygodniach niepokojący szept ustał na zawsze.

Roczne zastępstwo na osiemnaście lat
Gdy matka przełożona zapytała nową siostrę o jej preferencje co do posługi, Anastazja odpowiadała bez wahania: „gotować!”. Po pracy w ośrodkach dla dzieci w Pleszowie i Jastrzębiu-Zdroju, pod koniec 1999 roku otrzymała dekret przenoszący ją do kuchni krakowskich jezuitów przy ulicy Kopernika. Była przerażona nowym zadaniem, uznając, że mężczyźni wymagają zupełnie innego, cięższego menu niż dzieci czy siostry. Pocieszała się myślą, że jakoś wytrzyma ten jeden rok, tymczasem spędziła w Krakowskim Domu Pisarzy osiemnaście lat. Szukając inspiracji i chcąc rzetelnie prowadzić kuchnię, wzorem sąsiadki z Dylągowej zaczęła skrupulatnie zapisywać sprawdzone receptury w prywatnym notesie.
Wypieki siostry Anastazji, a zwłaszcza jej puszyste serniki, zachwyciły krakowskich zakonników. Ojciec Bogdan Całka SJ i brat Grzegorz Sochacki SJ dostrzegli w jej tajnym zeszycie potencjał na książkę, jednak ówczesny dyrektor Wydawnictwa WAM ks. Henryk Pietras SJ jakoś tej publikacji nie widział. Publikowanie przepisów kulinarnych w wydawnictwie teologicznym wydawało mu się dziwne. Przełom nastąpił pół roku później, gdy WAM wydał napisany śląską gwarą „Pamiętnik górnika”, otwierając furtkę dla publikacji świeckich. Ostatecznie 29 listopada 2001 roku ukazały się „103 ciasta siostry Anastazji” – skromna książka bez fotografii, wydana w nakładzie dwóch tysięcy egzemplarzy. Pozycja wyprzedała się błyskawicznie, a kolejne dodruki sprawiły, że sam ten tytuł osiągnął niewiarygodny nakład czterystu tysięcy sztuk.

Szczęśliwe kury, prawdziwe krowy i modlitwa przy piecu
Łącznie książki siostry Anastazji rozeszły się w nakładzie ponad czterech milionów egzemplarzy. Gdyby rozłożyć je jedna przy drugiej półka miałaby długość osiemdziesięciu ośmiu kilometrów… Sukces ten opierał się na bezwzględnej autentyczności: grafik Andrzej Sochacki fotografował potrawy dokładnie tak, jak wyciągała je z pieca zakonnica, na jej własnych talerzach i bez nakładania obecnie modnych filtrów czy sztucznych nabłyszczaczy, nie mówiąc już o edytowaniu ich w programach graficznych. Do dziś w naszej jezuickiej kuchni dania podawane są na półmiskach, na których fotografowano dzieła siostry Anastazji.
Zapytana o sekret słynnego sernika, siostra wyjaśniała z prostotą ojcu Całce: „Widzi ojciec, jajek i sera nie kupuję w sklepie, bo nigdy nie wiadomo, skąd pochodzą, jakie są. Przywozi mi je bratanek z Dylągowej. Mam pewność, że to jajka od szczęśliwych kur i ser z mleka od prawdziwej krowy”. Całej pracy kuchennej towarzyszyła też stała modlitwa – pierwsza z jej słynnych porad kulinarnych brzmiała: „Założyć fartuch i zrobić znak krzyża”.

Fenomen krakowskiej zakonnicy szybko dostrzegły media; agencja Associated Press porównywała ją do Nigelli Lawson, czescy dziennikarze do Jamiego Olivera, a „Gość Niedzielny” okrzyknął ją „Pierwszą Kucharką Rzeczypospolitej”. Gotowała także przed kamerą portalu Deon.pl z redaktorem Michałem Lewandowskim, serwując mu niezapomnianą rybę po grecku i wydając w kuchni wojskowe komendy. Mimo nagrody Feniks Specjalny 2019 i ogromnej popularności w Internecie, siostra Anastazja zachowała głęboki dystans do sławy, na pytania o bycie celebrytką odpowiadając swoim krótkim: „Akurat”. Emeryturę spędzała w krakowskiej Woli Justowskiej, powtarzając swoją ulubioną zasadę, że zwykła, cicha praca w ukryciu może być najpiękniejszą drogą do uświęcenia.
Artykuł powstał na podstawie biografii Siostry Anastazji autorstwa Sławomira Rusina „Siostra Anastazja. Życie pełne smaku”, wydanej w Wydawnictwie WAM. Książkę można zakupić TUTAJ.











