– Jako mały brzdąc siadałem na stopniach konfesjonału, fascynowały mnie te rzeźbione zdobienia. Nawet myślałem, że kiedyś fajnie by było coś takiego zrobić – wspomina Staszek Nogaj, który dziś jest specjalistą od lir korbowych.

 

Dojeżdżam do Starej Wsi i parkuję tuż obok murowanej figurki Maryi. Przed budynkiem pojawia się szczupły brunet w czarnych spodniach, granatowej bluzie z kominem i z okularami na nosie. To Staszek Nogaj. Uśmiecha się na powitanie i od razu prowadzi do pracowni zlokalizowanej na parterze. Po wejściu do środka przeszklonymi drzwiami, za plecami zostawiamy nie tylko figurkę, ale też niewielki ogródek, wąską drogę, wysoki mur, a za nim Kolegium Ojców Jezuitów. (…)

Staszek Nogaj należy do osób, które opukują każdy kawałek drewna, jaki wpadnie im w ręce. Nie jestem zaskoczony, słysząc, że nawet własny dom badał pod kątem brzmienia. – Najlepszy jest słup podtrzymujący belkę stropową. Jak się w niego uderzy pięścią, to gra. Dwa dźwięki, w zależności z której strony uderzysz. Z jednej strony jest niski, a z drugiej wysoki.

Staszek jest wyspecjalizowanym lutnikiem. Buduje liry korbowe. Jak sam mówi, poświęcił temu zajęciu już pół życia i pewnie poświęci drugie pół. (…)

Staszek Nogaj i jego liry korbowe

– Jako mały brzdąc siadałem na stopniach konfesjonału, fascynowały mnie te rzeźbione zdobienia. Nawet myślałem, że kiedyś fajnie by było coś takiego zrobić – wyjaśnia Staszek Nogaj.

Przygoda Staszka z instrumentami rozpoczęła się od aktu zniszczenia. – W podstawówce rozwaliłem bratu gitarę. Postanowiłem ją naprawić po cichu, by się nie wydało, że to moja sprawka. Oczywiście średnio wyszło, ale to wtedy spodobało mi się dłubanie w drewnie. Przyglądałem się tej gitarze, zastanawiałem się, jak rezonuje, jaki ma lakier. Staszek wybierał zawód w czasach, kiedy w Polsce szalało bezrobocie. To dlatego najpierw aplikował do szkoły mechanicznej, ulegając namowom jednego z braci: „Zawsze będziesz miał robotę”.

– Dostałem się do mechanika, ale na inny kierunek, niż chciałem – tłumaczy Staszek. – Drewno siedziało mi w głowie, więc wziąłem papiery i zawiozłem do Technikum Drzewnego w Miejscu Piastowym, i tam mnie przyjęli. Chyba jakieś zrządzenie losu. W szkole nie mieliśmy aż tak dużo zajęć praktycznych, natomiast trzeba było zaliczyć praktyki. Odbywałem je u mojego wujka w Korczynie. Spędzałem u niego całe dnie. Jechałem rano o szóstej, wracałem wieczorem, też o szóstej. Bardzo dużo się wtedy nauczyłem. W szkole pokazywali nam podstawy, jak wykonać szafki z płyty wiórowej. A u wujka zacząłem od drzwi z półkolistym zwieńczeniem u góry. Trudna praca. Potem zrobiliśmy schody. Trzeba je było idealnie wyprofilować i po ułożeniu dopracować ręcznie strugiem. Byłem przekonany, że zrobiłem to świetnie, a wujek podchodził i mówił: „Tu jeszcze trochę dopracuj”. Pamiętam, że te schody osiągnęły jakąś kosmiczną cenę jak na tamte czasy.

Więcej w artykule na Aleteia.pl

Żródło: Aleteia.pl K. Nóżki, M. Sceliny i M. Kozłowskiego Zanim wyjedziesz w Bieszczady. Nocny pociąg, wyd. Znak Horyzont 2021.