W te wakacje odbywa się nietypowa pielgrzymka. Z inicjatywy Diecezji Płockiej, w ramach obchodów 300. rocznicy kanonizacji św. Stanisława Kostki, na początku lipca wyruszyła piesza pielgrzymka z Wiednia do Rzymu. Jej uczestnicy modlą się w intencji nowych powołań kapłańskich i zakonnych. Pielgrzymka została podzielona na dziesięć etapów. W poszczególnych odcinkach uczestniczą różne grupy pątników. Są wśród nich studenci, księża, zakonnicy i siostry zakonne, a także ludzie w różnym wieku i z różnym doświadczeniem pielgrzymowania. Na tę niezwykłą drogę ks. bp Szymon Stułkowski zaprosił również nas, jezuitów.
W ramach szóstego etapu, z Brenner do Trydentu, liczącego 166 km, wyruszyli nasi nowicjusze. W kolejnym etapie – z Trydentu do Ferrary, liczącym 208 km – poszedłem ja, niżej podpisany. Chciałbym opisać ten fragment pielgrzymowania, który miałem przyjemność przejść ze wspaniałymi młodymi ludźmi z Bydgoszczy, Wrocławia, Płocka i Kalisza.
Początek w Trydencie
Trzon naszej pielgrzymkowej wspólnoty stanowili młodzi ludzie z bydgoskiego duszpasterstwa akademickiego „Martyria”, którzy przyjechali do Trydentu wraz ze swoim duszpasterzem, ks. Tymoteuszem. Moja przygoda z nimi rozpoczęła się 15 sierpnia wieczorem na lotnisku w Mediolanie, skąd odebrali mnie Julia i Patryk. Około północy dotarliśmy na nocleg do seminarium w Trydencie.
Rano, po Mszy Świętej, ruszyliśmy trasą wzdłuż rzeki w kierunku Rovereto, oddalonego o około 25 km. Okazało się, że był to najkrótszy etap naszej pielgrzymki. Każdego kolejnego dnia mieliśmy do przejścia około 35–37 km. W Rovereto poznaliśmy panią Sylwię i jej córkę – Polki, które na stałe mieszkają w tamtych okolicach. Pani Sylwia podzieliła się z nami świadectwem swojej wiary oraz historią sprowadzenia do miejscowej parafii ikony Matki Bożej Jasnogórskiej.
Jej historia jest mocno związana z toruńskimi jezuitami, a szczególnie ze śp. o. Kazimierzem Kubackim SJ, który błogosławił jej związek małżeński. Pani Sylwia poślubiła Włocha i przeprowadziła się w jego rodzinne strony. Jej wielkim pragnieniem było posiadanie potomstwa. Obiecała Matce Bożej, że jeśli zostanie mamą, sprowadzi Jej ikonę. Tak też się stało. Dziś ikona Matki Bożej Jasnogórskiej znajduje się w prezbiterium kościoła parafialnego w Rovereto i jest otaczana czcią przez wiernych.
„Jesteśmy w Bożych rękach”
Następnego dnia czekała nas miła niespodzianka. Po porannej Eucharystii i śniadaniu, gdy mieliśmy już ruszać w dalszą drogę, zatrzymała nas pewna starsza pani. Machając bardzo energicznie i żywiołowo, zaprosiła nas do prowadzonej przez siebie kawiarni na darmową kawę. Taki początek dnia zapowiadał, że naprawdę jesteśmy w Bożych rękach. Skoro już od samego wyjścia Pan Bóg przygotowuje nam takie niespodzianki, można było mieć nadzieję, że dalej będzie podobnie.
I rzeczywiście. Gościnność Włochów okazała się ogromna podczas całej naszej pielgrzymki. Nigdzie nie spotkaliśmy się z agresją. Przeciwnie – niemal wszędzie spotykaliśmy ludzi o wielkich sercach i niezwykłej hojności. Z Rovereto udaliśmy się do Malcesine, miejscowości położonej nad przepięknym jeziorem Garda. Widok jeziora otoczonego górami robił na nas ogromne wrażenie. Następnego dnia szliśmy wzdłuż Gardy, kierując się do miejscowości Cisano. Kilkoro z nas wykorzystało okazję, by wykąpać się w jeziorze.
Dołącza bp Szymon Stułkowski
O ile dobrze pamiętam, tego dnia dołączył do nas ks. bp Szymon Stułkowski, główny inicjator pielgrzymki. Towarzyszyli mu jego sekretarz oraz pan Jacek z synem Jasiem – najmłodszym uczestnikiem naszej pielgrzymki. Jaś miał cztery lata, a dokładniej – jak sam powiedział – cztery lata i cztery miesiące.
Ks. biskup szedł z nami już przez cały dalszy etap pielgrzymki, natomiast mały Jaś był wożony przez tatę w przyczepce. Kolejny dzień naszej wędrówki zaprowadził nas do Werony – miasta Romea i Julii. Zatrzymaliśmy się tam przy kościele prowadzonym przez filipinów. Była to dla nas niezwykła okazja, by bliżej poznać postać św. Filipa Neri. Opowiedział nam o nim tamtejszy proboszcz.
90 chłopców i trzech księży
Kolejnym przystankiem na naszej mapie była Cerea, gdzie spaliśmy w bursie dla młodzieży. Po przejściu tego dnia 35 km dotarliśmy do miejsca, w którym na co dzień mieszka i uczy się około 90 chłopców. Opiekuje się nimi trzech księży.
Tego dnia dojechał do nas również bp Łukasz Buzun OSPPE. Następnego ranka przewodniczył Eucharystii i wygłosił do nas kazanie.
Burza, deszcz i spaghetti bolognese
Przedostatni dzień naszego pielgrzymowania przyniósł bardzo gwałtowne załamanie pogody. Przez większą część dnia padało z różnym natężeniem. Po przejściu pierwszych kilkunastu kilometrów dotarliśmy do małej, przydrożnej restauracji.
Byliśmy całkowicie przemoczeni. Szliśmy dosłownie w ścianie deszczu. Właścicielka zgodziła się nas przyjąć, abyśmy mogli się osuszyć. Część z nas została tam nieco dłużej, żeby odwdzięczyć się jej za gościnność. Zamówiliśmy jedzenie – a dla mnie, jak się okazało, najlepsze spaghetti bolognese na świecie.
Na chwilę się rozpogodziło, ale nie trwało to długo. W czasie dalszej wędrówki nastąpiło kolejne, nagłe załamanie pogody. Można powiedzieć, że deszcz „padał poziomo”, a wichura dosłownie zrywała dachy. Udało nam się przeczekać nawałnicę w otwartym garażu.
Przedostatni nocleg mieliśmy w Trecencie. Ugościła nas tam rodzina, która opiekuje się miejscowym kościołem i plebanią oraz prowadzi oratorium św. Carla Acutisa. Przygotowano dla nas wspaniałą kolację, na którą składały się różne rodzaje pizzy, sery oraz domowe szynki i mięsa. Dołączył do nas także miejscowy duszpasterz, który opowiedział nam o realiach pracy księży w tamtejszej diecezji.
Mieszka on z czterema innymi księżmi, z którymi tworzy wspólnotę. Razem mają pod opieką dziesięć kościołów, które wcześniej były osobnymi parafiami.
Nie tylko o powołania dla nas
Ta rozmowa pokazała mi, jak wielki sens ma ta pielgrzymka. Dotarło do mnie, że modlimy się nie tylko o powołania do naszych wspólnot, ale również – a może przede wszystkim – o powołania dla tych wszystkich parafii, przez które przechodziliśmy i w których także brakuje dziś księży.
To doświadczenie zmieniło moje spojrzenie na intencję, z którą wyruszyliśmy w drogę. Powołania nie są przecież problemem jednego kraju, diecezji czy zgromadzenia. Ich brak dotyka wielu miejsc, które mijaliśmy podczas tych kilkuset kilometrów.
„Walizka powołaniowa”
Ostatni etap prowadził nas do Ferrary, gdzie kończyła się nasza część pielgrzymowania. Tamtejszy proboszcz jest jednocześnie rektorem seminarium, do którego obecnie uczęszcza dziewięciu kleryków z siedmiu włoskich diecezji.
Podczas całej pielgrzymki towarzyszyła nam tzw. „walizka powołaniowa”. Znajduje się w niej obraz przedstawiający powołanie młodzieńca, wzorowany na obrazie „Powołanie Mateusza”. Są tam również relikwie św. Stanisława Kostki i św. Carla Acutisa.
Każdego wieczoru, po dotarciu do kościoła, mieliśmy czas na adorację Najświętszego Sakramentu oraz Apel Jasnogórski. Dla mnie był to moment duchowego zakończenia każdego dnia.
Najważniejsze były rozmowy
Niezwykle ważne podczas całej pielgrzymki były dla mnie rozmowy – zarówno te prowadzone na szlaku, jak i te, które odbywały się podczas postojów. Bardzo się cieszę, że mogłem poznać młodych ludzi, którzy są w Kościele i dla których wiara jest ważna. Stoją oni przed różnymi wyborami – tymi bliższymi i tymi, które dopiero pojawią się w ich życiu.
Sądzę, że ta pielgrzymka była także dla nich i o nich samych. O czym dokładnie rozmawialiśmy, pozostaje już między nami a Panem Bogiem. Bardzo się jednak cieszę, że przez tych kilka dni mogłem razem z nimi wędrować.
Walizka powołaniowa została przekazana kolejnej grupie pątników.
Cała pielgrzymka zakończy się Mszą Świętą 15 września o godz. 10.00 w kościele św. Andrzeja na Kwirynale w Rzymie, gdzie pochowany jest św. Stanisław Kostka.
Po szczegółowe informacje oraz relacje pielgrzymów z poszczególnych etapów pielgrzymki można zajrzeć na stronę kostka300.pl.
























