1. W czasie agonii na krzyżu Jezus przeżył chwile największych ciemności, jakie można sobie wyobrazić: ciemności samotności i opuszczenia przez Boga. Była godzina dziewiąta (Mk 15,34), według naszej rachuby czasu piętnasta. O tej godzinie Eliasz złożył Bogu ofiarę, pokonując fałszywych proroków Baala na górze Karmel (1 Krl 18,36nn). Później o tej godzinie w świątyni jerozolimskiej składano Bogu w ofierze baranki. W pierwotnym chrześcijaństwie godzina dziewiąta stała się tradycyjnym czasem modlitwy uczniów Chrystusa.
O godzinie dziewiątej z ust Jezusa wiszącego na krzyżu wydobył się bolesny krzyk. „W innych miejscach Ewangelii głośne krzyki padają wyłącznie z ust ludzi udręczonych przez złe duchy (Mk 1,26; 5,7). Jezus, który przez całą swą publiczną działalność unieszkodliwiał złe moce, teraz sam doświadcza ich nieznośnego ucisku” M. Healy). Marek zapisuje ten pełen boleści krzyk w języku aramejskim: Eloi, Eloi, lema sabachthani i dodaje tłumaczenie: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” (Mk 15,34). Mateusz przytacza wersję hebrajską: Eli, Eli, lema sabachthani (Mt 27,46). To jedyne słowa z krzyża, które przytaczają ci dwaj synoptycy; „najbardziej dobitne, zdumiewające i skandaliczne słowa padające w Ewangelii. Oto Jezus, «Syn miłowany» (Mk 1,11; 9,7), krzyczy w poczuciu opuszczenia przepełniającego ludzkie serce, niezdolne do dostrzeżenia Bożego planu w spowijającym je mroku i niepewności” (M. Healy).
Jezus na krzyżu doświadcza oddzielenia od Boga, które Hans Urs von Balthazar nazywa „doświadczeniem potępienia”. W samotności i opuszczeniu przez Boga, jako człowiek przeżywa swoją śmierć w ludzkim wymiarze, jako zniszczenie marzeń, nadziei, ludzkich relacji i wszystkich możliwości, jakie związane są z życiem na ziemi. „Schodzi aż do otchłani opuszczenia przez Ojca, do otchłani ludzkiego grzechu” (k. Wons). Jednakże Jego wołanie z krzyża nie jest krzykiem desperacji ani rozpaczy; wołaniem człowieka, który poniósł fiasko, gdyż Jego marzenia mesjańskie się rozwiały. Nie jest też wołaniem o uwolnienie od cierpienia i śmierci. Ewangelista, opisując je, posługuje się terminem boan. Bruno Maggioni tłumaczy: „Boan nie jest krzykiem daremnym, który gubi się w głuchej i niewrażliwej pustce, lecz wołaniem do kogoś, kto słucha. Człowiek, który całą nadzieję pokłada w sobie, milknie w swoim bólu. Człowiek, który wie, że stoi wobec Boga, który go słucha, może otworzyć się przed Nim w swoim cierpieniu, podczas gdy ten, kto nie zna tego otwarcia i tej modlitwy, zostaje pochłonięty przez samotność. (…) „Wołanie Jezusa było modlitwą; modlitwą «wykrzyczaną», ale modlitwą, «modlitwą nagiej i pozbawionej ozdób wiary w Boga»”.
Wołanie Jezusa jest modlitwą zaczerpniętą z pierwszych wersetów lamentacyjnego Psalmu 22 (Ps 22,2), który niekiedy był recytowany przez Żydów o tej porze dnia. Psalm ten wyraża cierpienie człowieka sprawiedliwego prześladowanego i maltretowanego przez wrogów. Psalmista czuje się opuszczony przez Boga. Jednakże ufa Mu w czasie próby i jest pewien, że go ocali. Jezus, posługując się jego słowami, wyznaje swą synowską ufność wobec Ojca w czasie największego opuszczenia.
Wołanie Jezusa z krzyża jest pytaniem, które stawia sobie ludzkość wszystkich czasów; pytaniem o sens niezawinionego cierpienia, przegranej prawdy czy bezowocnej miłości. „Jezus bierze na siebie i streszcza w sobie całe udręczenie nie samego Izraela, lecz wszystkich cierpiących na tym świecie z powodu ukrywania się Boga. Trwożne wołanie świata, dręczonego nieobecnością Boga, zanosi przed serce samego Boga. Utożsamia się z ciepiącym Izraelem, z ludzkością, która cierpi z powodu «ciemności» Boga, przyjmuje do swego wnętrza jej wołanie, jej udręczenie, całą jej bezradność, a przez to jednocześnie je przeobraża” (Benedykt XVI).
Doświadczenia opuszczenia, udręki, lęków, bezsilności, niemocy, zwątpienia są ludzkimi doświadczeniami. Te stany graniczne, które prowadzą niektórych do rozpaczy, są czasem prawdy o ludzkim człowieczeństwie zranionym grzechem. Święci i wielcy mistycy przeżywali je jako „ciemną noc”. Święta Teresa od Dzieciątka Jezus przeżywała na końcu swego krótkiego życia agonię ciała, umysłu i serca. Czuła się całkowicie opuszczona, nie mając nawet pewności, czy wierzy w Boga. „Nic nie wiem” – powiedziała wtedy – „wiem tylko, że kocham”. Równie bolesne doświadczenia towarzyszyły świętej Matce Teresie z Kalkuty. W młodości doświadczała silnej więzi z Bogiem i daru lokucji (słyszała głos Boga). Jednakże przez ostatnie pięćdziesiąt lat życia towarzyszyło jej poczucie wewnętrznej pustki. W jednym z listów do swego spowiednika zawarła swoje poczucie opuszczenia i rozpaczy: „Czuję w duszy po prostu ten straszliwy ból z powodu utraty – Boga, który mnie nie chce – Boga, który nie jest Bogiem – Boga, który naprawdę nie istnieje. (…) Ta ciemność, która otacza mnie z każdej strony – nie potrafię wznieść swojej duszy do Boga – nie dociera do niej żadne światło ani natchnienie. (…) Nie mam w sercu wiary – ani miłości – ani zaufania – tak wiele tam bólu – bólu z powodu tęsknoty, bólu z powodu poczucia, że jestem niechciana. – Chcę Boga z wszystkich sił mojej duszy a mimo to jest między nami – to straszliwe oddzielenie. Już się nie modlę”. Z czasem te bolesne wątpliwości osłabły. Matka Teresa zaczęła je postrzegać „jako zaproszenie do jeszcze mocniejszego zjednoczenia z Jezusem w Jego poczuciu osamotnienia na krzyżu, a także z ubogimi, którzy również czują się opuszczeni. Takie słowa w listach Matki Teresy wcale nie oznaczają, że opuściła ona Boga ani że Bóg opuścił ją. Tak naprawdę, poprzez swoją dalszą posługę wśród biednych, dokonała ona radykalnego aktu wierności opartego na relacji, w którą nadal ufała – nawet jeśli nie odczuwała Bożej obecności. Zaufała ona swoim wcześniejszym doświadczeniom” (J. Martin).
Doświadczenia ciemności, bezsilności i niemocy, oschłości i nocy, udręk i lęków prowadzą stopniowo do Bożego światła i miłości. Wyjście z tych stanów zaczyna się od ich akceptacji. Nie jest to możliwe jedynie o ludzkich siłach. Warto wtedy przypominać sobie, że tę samą drogę przebył Syn Boży. Modlitwa jest wówczas zwracaniem się do kogoś, kto doświadczał tych stanów i naprawdę je rozumie. Mistyk Henryk Suzo twierdzi: „Nic nie jest bardziej bolesne od cierpienia, nic bardziej radosnego od tego, że już cierpiałem. Cierpienie to krótki ból i długa, wielka miłość”.
Wołanie Jezusa wywołało zamieszanie. „Niektórzy ze stojących obok, słysząc to, mówili: Patrz, woła Eliasza” (Mk 15,35). Słowo „Eli” mogło być błędnie zrozumiane przez uczestników egzekucji jako „Eliasz”. Sądzili więc, że Jezus wzywa Eliasza. „Członkowie pewnych kręgów tradycji żydowskiej wierzyli, że oprócz roli, jaką miał pełnić w czasach ostatecznych, Eliasz bywał posyłany jako anioł, by ratować sławnych nauczycieli” (C. Keener). Jeden z rzymskich żołnierzy podał Jezusowi gąbkę nasyconą octem, czyli cierpkim skwaśniałym winem. W ten sposób wypełniły się słowa psalmu: „gdy byłem spragniony, poili mnie octem” (Ps 69,22). Ocet wprawdzie przynosił pewną ulgę ukrzyżowanemu, jednakże z drugiej strony wydłużał Jego konanie. Tenże pogański żołnierz wypowiedział przy tym szydercze słowa: „Poczekajcie, zobaczymy, czy przyjdzie Eliasz, żeby go zdjąć [z krzyża]” (Mk 15,36). Kryło się za nimi przekonanie i błąd, którzy popełniali inni szydzący z Jezusa, „że słowa Jezusa zostaną uwiarygodnione, tylko jeśli Bóg dokona jakiejś cudownej interwencji, która ocali Go od męki. Lecz to właśnie pozostając na krzyżu, jako ukrzyżowany Mesjasz i Król Izraela, Jezus objawia, kim tak naprawdę jest” (M. Healy).
Ewangelista Jan komponuje tę scenę nieco inaczej. Według niego to Jezus sam poprosił o napój. Rozpięty na krzyżu w palącym słońcu Judei zawołał: „Pragnę” (J 19,28). Jezusowe pragnienie nie dotyczy napoju. Jest o wiele głębsze. „To pragnienie wypełnienia woli Ojca, pragnienie, by wypić kielich (J 18,11) i rozlać wodę życia, Ducha Świętego, i w ten sposób wypełnić obietnicę Boga zapisaną w Piśmie świętym” (F. Martin, W. Wright). Takie znaczenie było oczywiście poza świadomością żołnierzy, którzy w odpowiedzi na prośbę Jezusa podali Mu ocet. Papież Benedykt XVI komentuje: „Scena na krzyżu sięga poza godzinę śmierci. Jezusa. Nie tylko Izrael – także Kościół, także my, na troskliwą miłość Boga ciągle na nowo odpowiadamy octem – skwaszonym sercem, które nie chce dostrzegać miłości Boga. «Pragnę» – to wołanie Jezusa jest skierowane do każdego z nas”.
- Jak przeżywasz chwile samotności i opuszczenia?
- Czy przeżywałeś kiedyś „ciemne noce”? Jak wspominasz te doświadczenia?
- Co czujesz, gdy nie doświadczasz obecności Boga? Jak sobie radzisz z tymi przykrymi uczuciami?
- W jakich sytuacjach wołasz do Boga o pomoc?
- Jak wygląda twoja modlitwa w cierpieniu?
- Jak odczytujesz Ps 22?
- Jakie są twoje pragnienia? Jaki mają związek z celem twego życia?
- Kiedy „poisz” Jezusa „octem”?
2. Ewangeliści notują, że przed śmiercią Jezus jeszcze raz „zawołał donośnym głosem i wyzionął ducha” (Mk 15,34). Ostatni krzyk Jezusa, bez słów, jest tajemniczy. Jest niejako kontrastem dla oczekujących cudu tłumu i żołnierzy. A nawet więcej, jest „zaprzeczaniem wszelkiego cudu. Wielkim cudem, który nie przestaje nas nigdy zadziwiać, jest to że Syn Boży uczestniczy również w sposobie umierania człowieka. Śmierć, której towarzyszy krzyk – bezsłowny krzyk, którego nikt nie zapomni – jest najbardziej ludzkim sposobem umierania” (B. Maggioni). Kardynał Carlo Maria Martini komentuje: „Śmierć Jezusa nie jest śmiercią po ludzku chwalebną, ani nadzwyczajną. Są dzięki łasce Bożej śmierci promienne, śmierci tchnące pogodą i pokojem. Objawia się w tym moc Zmartwychwstałego i przenika to najtragiczniejsze ludzkie doświadczenie, i przemienia je. Ale śmierć Jezusa taka nie była. (…) Śmierć Jezusa jest dramatyczna, bez aureoli i pokoju. Jezus wpada w otchłań ludzkiej złości, która Go pochłania. (…) Nie ma pokazu wielkości, nie ma tłumów zatopionych w modlitwie i podziwie. Wszystko rozgrywa się pomiędzy powagą a śmiesznością. Widzowie są przyzwyczajeni do oglądania umierających skazańców”.
Święty Łukasz wskazuje na inny aspekt bolesnego krzyku Jezusa. Był to nie tylko krzyk śmierci, ale przede wszystkim wołanie modlitwy, ofiarowanie ostatnich chwil życia na ziemi Ojcu: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego” (Łk 23,46). Jezus posługuje się modlitwą zaczerpniętą z Psalmu 31,6. Rabini zalecali, by odmawiać ją wieczorem. Oddaje ona uczucia człowieka ubogiego, opuszczonego i uciskanego. Nie jest on w stanie udowodnić swej niewinności, dlatego całą swą nadzieję składa w dłonie Boga, powierza Mu się całkowicie. Ostatnie słowa Jezusa są więc prostą, przepiękną modlitwą, wyrażającą całkowite i głębokie zaufanie Ojcu. Abba, „Ojcze” – tym słowem posługiwał się przez całe życie, zwracając się do Boga i z tym słowem na ustach umiera na krzyżu. Bezwarunkowe i synowskie oddanie Ojcu było treścią i pokarmem Jego całego życia (por. J 4,34; 6,38; 14,31). Jezus nie modli się jednak o pominięcie etapu śmierci. On w pełni akceptuje i przyjmuje śmierć jako zakończenie swej ziemskiej misji. „Jezus kończy swoje dzieło w spokojnej świadomości i w postawie, która charakteryzowała całe Jego życie, w postawie daru. (…) Uczucia umierającego Jezusa to spokój ufność i powierzenie się Bogu. Dla Jezusa – tak jak dla nas – nie było wybawienia od śmierci, lecz wybawienie w śmierci” (B. Maggioni).
Święty Jan jako ostatnie przytacza jedno słowo Jezusa: „Dokonało się” (J 19,30). Co się dokonało? Słowo to nie oznacza jedynie końca życia Mistrza z Nazaretu. Użyty przez Ewangelistę wyraz tetélestai znaczy: „osiągnąć cel”, „wypełnić do końca”. Jezus osiągnął télos, czyli „cel, spełnienie, kres, dojrzałość”. Télos Jezusa oznacza doskonałe wypełnienie woli Bożej. Jezus wykonał w sposób pełny, doskonały misję powierzoną Mu przez Ojca, jak zapowiedział to w czasie modlitwy arcykapłańskiej: „Ja Ciebie otoczyłem chwałą na ziemi przez to, że wypełniłem dzieło, które Mi dałeś do wykonania” (J 17,4). Ponadto doprowadził do szczytu i pełni miłość. Święty Jan, relacjonując obmycie stóp Apostołom, pisze: „umiłowawszy swoich na świecie, do końca (télos) ich umiłował” (J 13,1). Pełnia tej miłości znajduje wyraz w oddaniu życia. „Miłość Syna Bożego jak rzeka rozlewa się na cztery strony świata, przenika każdy jego wymiar, każde ludzkie serce. (…) Jezus mówi: «Dokonało się», ponieważ wie, że od Ojca wyszedł i do Ojca wraca, aby przyprowadzić do Niego wszystkich, nie tracąc nikogo (!), aby przygotować mieszkania w domu Ojca. W słowie «Dokonało się» słyszymy także wyznanie samego Ojca który tak bardzo umiłował świat, że Syna swojego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie (J 3,16)” (K. Wons). Jezusowe „Dokonało się” oznacza nadto spełnienie Pism. Bruno Maggioni podkreśla, że Ewangelista używa czasowników, które sugerują „ideę wypełnienia pustej przestrzeni i spełnionej zapowiedzi (…) ideę ruchu, który osiąga swój szczyt, swoją dojrzałość. Krzyż nie jest spełnieniem podobnym do innych, ale szczytem, ku któremu zmierzało całe Pismo, czyli cały plan Boga”.
„I skłoniwszy głowę, oddał ducha” (J 19,30). Jezus oddał swego Ducha Ojcu, jak to już wcześniej rozważaliśmy, ale równocześnie przekazał Go całej ludzkości, każdemu z nas. Co oznacza to przekazanie Ducha ludzkości? Innocenzo Gargano tłumaczy: „Tak więc darem Ducha Jezusa byłaby podwójna zdolność udzielona ludziom: zdolność kochania, tak, jak kochał Jezus, oraz umiejętność wniknięcia w tajemnice Boga, w którym od zawsze mieszkał Jezus z Nazaretu, całkowicie ogarnięty przez Ducha Świętego. (…) Poprzez to podarowanie Ducha zostaje udzielona ludziom nie tylko niezwykła godność, ale również nadzwyczajna zdolność wnikania w tajemnice Boga, w miarę jak Duch Jezusa przenika sobą całe stworzenie”.
W czasie śmierci Jezusa „zasłona przybytku rozdarła się przez środek” (Łk 23,45). Zasłona była „swego rodzaju ikonostasem, wykonanym z drogocennym tkanin, zawieszonych na czterech pokrytych złotem kolumnach, z podstawami ze srebra” (L. Zani). Odgradzała najświętsze miejsce świątyni (Święte Świętych), zamieszkane przez Boga (gdzie nie miał wstępu żaden człowiek, z wyjątkiem arcykapłana, który czynił to raz w roku w Dzień Przebłagania) od pozostałej części sanktuarium, gdzie posługę pełnili kapłani (Wj 26,31nn). Rozdarcie zasłony może wyrażać odejście Boga ze starotestamentalnej świątyni, podobnie jak to opisuje Ezechiel (Ez 10-11). Śmierć Jezusa kończy czas świątyni, kult Starego Przymierza i otwiera nową perspektywę. Jezus wznosi nową duchową świątynię, uczynioną nie ludzką ręką (Mk 14,58), w której głowicą węgła jest sam Syn Boży (Mk 12,10).
Zasłona świątynna ozdobiona była gwiazdami. Oznaczało to, że świątynia stanowi mikrokosmos wszechświata. „Rozdarcie (schizo) zasłony świątynnej nawiązuje do rozwarcia się (schizo) nieba podczas chrztu Jezusa (Mk 1,10) i jest symbolem tego, że Jego śmierć stanowi wstęp do końca starego stworzenia” (M. Healy). Zasłona w świątyni odwoływała do Jahwe, Boga Starego Testamentu, Boga potężnego, triumfującego, który niszczy wrogów. Kryła tajemnicę, do której nikt z ludzi nie miał dostępu. W chwili śmieci Jezusa nie ma już racji bytu. Boga nie dzieli już więcej od człowieka nieprzekraczalny próg, wzniesiony przez ludzką podejrzliwość i grzech. W Jezusie bowiem Bóg stał się słabym, ubogim, bezbronnym, podatnym na zranienie, otwartym dla każdego, skłonnym wejść w ludzkie serca i doświadczenia. Odtąd wszyscy „w jednym Duchu mamy przystęp do Ojca” (Ef 2,18).
- Co sądzisz o śmierci Jezusa?
- Jakie są twoje wyobrażenia własnej śmierci?
- Czy zwracasz się do Boga słowem Ojcze? W jakich sytuacjach?
- Jakie są twoje pragnienia?
- Jak odczytujesz swój sens i cel życia na ziemi? A jak go realizujesz?
- Czy możesz powiedzieć, że twoje życie jest „chwałą Boga”?
- W jaki sposób działa w tobie Duch Jezusa ukrzyżowanego?
- Jaka zasłona dzieli cię dziś od Boga?
- Czy bliższy jest ci Bóg Starego czy Nowego Testamentu?
3. Śmierć Jezusa przynosi natychmiastowe owoce, zapoczątkowuje wiarę pogan, rodzi Kościół pogan. Pierwszym z nich był dowódca plutonu egzekucyjnego, rzymski setnik: „Setnik zaś, który stał naprzeciw Niego, widząc, że w ten sposób wyzionął ducha, rzekł: Istotnie, ten człowiek był Synem Bożym” (Mk 15,39). Tradycja już od V wieku nazywa go Longinem, podobnie jak centuriona przebijającego bok Jezusa po śmierci. Rzymski setnik stał blisko krzyża, naprzeciw Jezusa, obserwował Jego sposób przeżywania cierpienia i ufność Bogu, patrzył jak umiera. Słyszał, w jaki sposób przebacza swoim oprawcom i modli się za nich. Obserwacje te zrodziły w nim przekonanie, że Jezus jest Synem Bożym. Niepotrzebne były mu cuda ani nauczanie Jezusa. Wystarczył sposób, w jaki podjął krzyż, który „jest szczytem objawienia” (B. Maggioni).
W nawróceniu setnika objawia się jeden z paradoksów działania Boga. Jezusa jako Syna Bożego wyznaje poganin. Nie kapłani i elita religijna, nie ludzie z ulicy, świadkowie cudów i nauczania, nawet nie uczniowie i przyjaciele Jezusa, ale rzymski żołnierz, który uczestniczył w Jego krzyżowaniu. „Ci, którzy spoglądali z daleka, nie uchwycili sensu tej sceny; natomiast kto patrzył na Jezusa z bliska, nie potrafił nie poddać się wrażeniu, ze Bóg jest w Ukrzyżowanym, choć wszystko zdaje się temu przeczyć” (C.M. Martini). Z tych stwierdzeń można wysunąć dwa wnioski: „aby właściwie zrozumieć synostwo Boże Jezusa, trzeba patrzeć na krzyż oraz że powołanie do wiary idzie własnymi, nieoczekiwanymi drogami, na których nie ma różnicy między żydami a poganami, uczniami a tymi, którzy nimi nie są” (B. Maggioni).
Pogański żołnierz wyznaje wiarę w Syna Bożego. „Ponieważ Rzymianie uważali sprawującego władzę cesarza za syna boskiego Augusta, setnik mógł rozpoznać w Jezusie nie tylko «Króla Żydowskiego» (Mk 15,26), lecz także rywala cesarza” (C. Keener). Słowa setnika nawiązują do początku Markowej Ewangelii: „Początek Ewangelii Jezusa Chrystusa, Syna Bożego” (Mk 1,1). Ewangelia dociera do pogan, wykracza poza świat religijny Żydów. „Pod krzyżem zapoczątkowany zostaje Kościół pogan. Przez Krzyż Pan gromadzi ludzi, tworząc z nich nową społeczność Kościoła powszechnego. Patrząc na cierpiącego Syna, poznają prawdziwego Boga” (Benedykt XVI).
Kardynał Carlo Martini zachęca, by mieć odwagę stać blisko krzyża Jezusa, jak rzymski setnik: „Jeśli będziemy mieć odwagę wyjść z tłumu, który z dala krzyczy nie rozumiejąc, i zdecydujemy się zbliżyć do Jezusa i wniknąć w Jego tajemnicę – to i dla nas będzie nowe objawienie. (…) A wtedy przychodzi taka odwaga, że można zbliżyć się do cierpień Chrystusa i cierpień bliźnich, których wcześniej lękaliśmy się i bronili przed nimi zdawkowymi słowami. Przychodzi odwaga patrzenia na te cierpienia, choć pozornie wydają się one niezrozumiałymi, bezsensownymi”.
Święty Łukasz zaznacza, że skruszony łotr i nawrócony poganin są awangardą orszaku wierzących, którzy nawrócili się dzięki kontemplacji krzyża: „Wszystkie też tłumy, które zbiegły się na to widowisko, gdy zobaczyły, co się działo, powracały, bijąc się w piersi” (Łk 23,48). Tłumy przybyły, by oglądać śmierć Jezusa jak my dziś oglądamy spektakl teatralny albo seans filmowy. Łukasz zaznacza wcześniej, że „lud stał i patrzył” (Łk 23,35). Teraz podkreśla, że patrzył na „widowisko”. „Termin ten (theoria) nie oznacza nieruchomego obrazu, ale rozgrywający się dramat, który trzeba oglądać z uwagą, oglądać nie jeden raz, obserwować i zastanawiać się nad nim bez odrywania wzroku od sceny. To publiczne widowisko rozgrywa się na oczach wszystkich” (L. Zani). Uważna obserwacja Jezusa na krzyżu przynosi jednak owoce. Tłumy biją się w piersi. To typowy znak żałoby. W taki jedynie sposób można było go wyrazić wobec skazańców. Ale to także znak nawrócenia. Bijąc się w piersi, jak celnik z przypowieści Jezusa (Łk 18,13), uznawali swoją winę, błąd i swój udział w śmierci Jezusa. „Dramat krzyża to widowisko, które zmienia życie” (L. Zani).
Ewangelista Mateusz nadaje śmierci Jezusa wymiar kosmiczny: „A oto zasłona przybytku rozdarła się na dwoje z góry na dół; ziemia zadrżała i skały zaczęły pękać. Groby się otworzyły i wiele ciał świętych, którzy umarli, powstało. I wyszedłszy z grobów po Jego zmartwychwstaniu, weszli do Miasta Świętego i ukazali się wielu” (Mt 27,51-53). Trzęsienie ziemi w Palestynie nie było zjawiskiem nadzwyczajnym. Natomiast zaskakująca jest zbieżność tego faktu ze śmiercią Jezusa. „Na Golgocie pokazują do dziś pęknięcia o rozmiarach 170×0,25 m, które biegnie w poprzek warstw skalnych” (M. Wolniewicz). Mateusz notuje ponadto, że po zmartwychwstaniu Jezusa wielu sprawiedliwych Żydów, którzy umarli, zostało wskrzeszonych, by ukazać się w Świętym Mieście. Wydarzenie to miało wprawdzie miejsce po zmartwychwstaniu, ale Ewangelista łączy je ze śmiercią Jezusa, aby podkreślić, że jest ono owocem krzyża. „Spotykamy tutaj jedno z pierwszych świadectw wiary w wyzwolenie umarłych przez zstąpienie Chrystusa do otchłani (por. 1 P 3,19)” (Biblia Jerozolimska).
W literaturze apokaliptycznej trzęsienie ziemi i zmartwychwstanie są klasycznymi znakami, które wskazują na nadejście nowego świata. Ewangelista Mateusz chce podkreślić, że krzyż jest wydarzeniem, które odnawia i zmienia wszystko. Rozsypuje się stary świat i robi miejsce nowemu. Prorok Ezechiel w jednej ze swych wizji zapowiadał: „Tak mówi Pan Bóg: Oto otwieram wasze groby i wydobywam was z grobów, ludu mój, i wiodę was do kraju Izraela, i poznacie, że Ja jestem Pan, gdy wasze groby otworzę i z grobów was wydobędę, ludu mój. Udzielę wam mego ducha, byście ożyli” (Ez 37,13-14). Ta zapowiedź realizuje się u stóp krzyża. Pan wydobywa nas z grobów i pozwala żyć nowym życiem – zmartwychwstaniem. Zmartwychwstanie Jezusa i nasze zmartwychwstanie jest owocem krzyża. Ostatecznie krzyż i śmierć Jezusa nie są znakiem klęski i porażki, ale triumfu, zmartwychwstania.
- Czy nie patrzysz na Jezusa z daleka?
- Czy masz odwagę wychodzić z tłumu i stawać blisko krzyża jak setnik rzymski?
- Czy potrafisz przebijać się przez zewnętrzne znaki cierpienia i klęski krzyża, by dostrzec jego najgłębszy sens i wymiar ?
- Kim jest dla ciebie Syn Boży?
- Czy nie traktujesz Liturgii Kościoła jak widowisko?
- Czy dostrzegasz twój udział w śmierci Jezusa? W czym się on wyraża?
- Co jest twoim grobem? W jaki sposób Chrystus wydobywa cię z niego?
- Czy widzisz związek między krzyżem a zmartwychwstaniem?
- Czy doświadczenie zmartwychwstania Jezusa jest dla ciebie pocieszeniem, obietnicą w chwilach trudności, zmagań, smutku, cierpienia i krzyża?
- W jaki sposób przyczyniasz się do budowy nowego świata?










