Na obrzeżach wielkiej historii łatwo przeoczyć człowieka. Ksiądz Władysław Gurgacz, jezuita i kapelan antykomunistycznego podziemia, do dziś podczas oficjalnych uroczystości przedstawiany jest przede wszystkim jako niezłomny bohater w wojskowym mundurze. Tymczasem jego własne, przez siedemdziesiąt lat nieznane zapiski, odsłaniają zupełnie inną twarz: nadwrażliwego melancholika, który stronił od tłumów, zmagał się z wybuchowym temperamentem i hipochondrią. Do lasu poszedł nie po to, by walczyć z bronią w ręku, lecz by chronić przed moralnym upadkiem grupę młodych ludzi. Już 5 września 2026 roku na Hali Łabowskiej odbędą się kolejne uroczystości upamiętniające tego niezwykłego kapłana.

Oficjalny plakat zapraszający na wrześniowe uroczystości w Łabowej wpisuje się w klasyczny patriotyczny schemat: msza polowa, składanie kwiatów i portret młodego mężczyzny w sutannie na tle biało-czerwonej flagi. O pamięć o ks. Gurgaczu dbają państwo polskie i IPN, a prezydent Lech Kaczyński pośmiertnie odznaczył go orderem. Jego imię noszą ulice w Krakowie i Krynicy. Przez dekady brakowało jednak w tej opowieści głosu samego zainteresowanego. Dopiero odnalezienie i opublikowanie jego dziennika duchowego, przechowywanego przez współbrata, pozwala zajrzeć za kulisy tej tragicznej historii.

Zamiast pewnego siebie, niezłomnego przywódcy z kart jego pamiętnika wyłania się człowiek, który sam nazywał siebie „dziwakiem, samotnikiem i marzycielem”. Jako dziecko godzinami błąkał się po polach, rozmawiał z ptakami i kwiatami, a jego ojciec szczerze martwił się tym, co uważał za „kalectwo” syna. Gurgacz zmagał się z głęboką melancholią, skłonnością do smutku i – co najbardziej zaskakujące – gwałtownym, wybuchowym temperamentem. 13 listopada 1944 roku zapisał, że znajomi zakładali się, czy w zakonie wytrzyma choćby rok. Wspominał też, że jako dziecko, w przypływie złości, o mało nie pozbawił oka pastucha, którego uderzył kijem. „Kocham jednostki, a lękam się tłumu” – pisał szczerze. Te słowa pomagają zrozumieć, dlaczego zamiast masowej ambony wybrał kameralne duszpasterstwo.

Ojciec Władysław Gurgacz po prymicji/Wikipedia

Czeremcha w Warszawie i mistyk w Gorlicach

Wojenne losy kleryka Gurgacza to pasmo paradoksów. Przed nacierającymi Niemcami uciekł na Kresy, gdzie z bliska zobaczył Armię Czerwoną. Później wrócił do Małopolski, a w 1942 roku na Jasnej Górze przyjął święcenia kapłańskie. Słabe zdrowie, które wcześniej uniemożliwiło mu kontynuowanie studiów teologicznych w Warszawie i zmusiło do wyjazdu, paradoksalnie ocaliło mu życie. Gdyby pozostał w stolicy, prawdopodobnie podzieliłby los współbraci zamordowanych przez Niemców w jezuickim kolegium na początku Powstania Warszawskiego.

Zamiast tego trafił do Gorlic jako kapelan szpitalny. Jak pisze Krzysztof Dorosz SJ, właśnie tam narodził się jego swoisty „chrześcijański ekologizm”. Gurgacz potrafił godzinami pisać o znikomości ludzkiego życia, porównując śmierć wiejskiej kobiety do opadających płatków czeremchy. W Gorlicach dokonał się również ważny przełom duchowy: „Teraz na pierwszym planie obok mnie zjawili się inni… Całe mnóstwo ludzi – miliony!” – zapisał pod koniec 1945 roku.

To właśnie tam po raz pierwszy zetknął się z żołnierzami antykomunistycznego podziemia. Na początku 1948 roku, gdy przebywał w Krynicy, zgłosił się do niego Stanisław Pióro „Emir”, dowódca Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowej. Nie szukał on wsparcia zbrojnego, lecz rozmowy o moralnych aspektach walki. Gurgacz, choć w swoich kazaniach publicznie krytykował marksizm, nie spieszył się jednak do lasu. Sytuacja zmieniła się gwałtownie, gdy lokalna władza ludowa dwukrotnie próbowała się go pozbyć. Za pierwszym razem do jezuity próbował strzelać pijany komendant milicji, lecz jego pistolet nie wypalił. Za drugim razem strzały oddał już trzeźwy funkcjonariusz. Wtedy kapelan spakował swoje rzeczy i zniknął w Beskidzie Sądeckim.

Buntownik z wyboru i zakonna dyplomacja

Wejście do lasu oznaczało jednak dla Gurgacza konflikt z zakonną dyscypliną. Jezuicki prowincjał, ks. Wojciech Krupa, postawił sprawę jasno: „nie mogę pozwolić Ojcu, by należał do organizacji i przebywał w lesie” – zeznawał później ks. Gurgacz. Zakon, mając przed oczami widmo komunistycznych represji, uruchomił procedurę usunięcia go ze swoich szeregów, uzyskując na to zgodę generała jezuitów w Rzymie. Gurgacz przeżywał katusze, rozdarty między ślubem posłuszeństwa a lękiem, że pozostawieni sami sobie młodzi partyzanci – często uczniowie sądeckich szkół średnich – zejdą na moralne manowce. Wybrał tych drugich. Co ciekawe, jak wynika z dokumentów, procedura jego formalnego usunięcia z zakonu nigdy nie została prawnie zakończona. „Sem” – bo taki nosił konspiracyjny pseudonim – do końca życia formalnie pozostał więc jezuitą.

Inicjały „SM”, którymi podpisywał malowane przez siebie obrazy – skrót od Servus Mariae, czyli „Sługa Maryi” – dały początek jego konspiracyjnemu pseudonimowi „Sem”. W leśnym oddziale „Żandarmeria” ks. Gurgacz, noszący mundur z dystynkcjami kapitana, stał się dla partyzantów po prostu „Ojcem”. Zamiast podjudzać ich do walki, robił coś zupełnie przeciwnego: namawiał do ograniczenia akcji zbrojnych, uczył młodych ludzi języka polskiego i filozofii, spowiadał ich oraz pilnował, by nie krzywdzili ludności cywilnej. Jak tłumaczył podczas śledztwa, rekwizycje mienia państwowego uważał za moralnie usprawiedliwione, ponieważ traktował komunistyczne państwo jak okupanta. Prywatna własność była jednak dla niego nienaruszalna. Kiedy w 1949 roku bezpieka zaciskała pętlę wokół oddziału, a w lesie zaczęło brakować jedzenia, grupa zdecydowała się na desperacki krok: napad na państwowy bank w Krakowie.

O. Władysław Gurgacz/zdjęcie zainscenizowane przez Służbę Bezpieczeństwa

 Sfałszowane protokoły i strzał w tył głowy

Akcja z 2 lipca 1949 roku zakończyła się katastrofą. Doszło do strzelaniny, a UB ujęło wszystkich jej uczestników. Ksiądz Gurgacz, choć znajdował się w bezpiecznej odległości i miał realną szansę na ucieczkę, wrócił do konspiracyjnego mieszkania, by czekać na swoich ludzi. „Nie uciekłem, ponieważ nie chciałem pozostawić członków organizacji” – zeznał później z prostotą podczas śledztwa.

Proces przed krakowskim Wojskowym Sądem Rejonowym był propagandowym teatrem. Komuniści chcieli uderzyć w Kościół, pokazując „księdza z pistoletem”. Sędziowie posunęli się nawet do sfałszowania protokołu rozprawy, wpisując, że oskarżony „nie oświadcza się” w ostatnim słowie. Prawda wyszła na jaw dopiero dzięki odnalezionym notatkom funkcjonariusza UB. Wynika z nich, że Gurgacz stanowczo przekonywał, iż jest niewinny jako kapłan i Polak, a do lasu poszedł, by przeciwdziałać większemu złu moralnemu.

Prezydent Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski, o które zresztą kapłan nie prosił. Wyrok śmierci wykonano 14 września 1949 roku na dziedzińcu więzienia przy ul. Montelupich w Krakowie. Jak wspominali świadkowie, ksiądz zginął od strzału w tył głowy, towarzysząc w ostatniej drodze dwóm swoim partyzantom: Stefanowi Balickiemu i Stanisławowi Szajnie. Komuniści potajemnie zakopali jego ciało na Cmentarzu Rakowickim, chcąc wymazać go z pamięci. Przyjaciele i współbracia zdołali jednak po latach odnaleźć to miejsce i potajemnie je oznaczyć.

Dziś, patrząc na zaproszenie na wrześniowe uroczystości w Łabowej, widać wyraźnie, że tamta próba wymazania pamięci poniosła całkowitą klęskę. Zamiast komunistycznego mitu o „bandycie” i patriotycznej legendy o bezwzględnym wojowniku otrzymujemy jednak historię znacznie głębszą – opowieść o człowieku, który przestał bać się innych i oddał życie za powierzonych mu młodych ludzi.