Kiedy gdzieś pod koniec lat 90 XX wieku wybrałem się na pielgrzymkę pieszą na Jasną Górę, to po powrocie z niej, pytany przez kogoś, czy byłem na pieszej pielgrzymce, odpowiadałem: ,,Tak. Dwa razy. Pierwszy i ostatni!”. Długo by wyjaśniać dlaczego tak, dość będzie powiedzieć, że uznałem, iż to nie moja duchowość. Żyłem z takim nastawieniem przez 2 dekady, w czasie których Pan wiele razy stawiał na mojej drodze życiowej osoby, które wiele zawdzięczają duchowości pielgrzymkowej. To między innymi moi bracia: jeden kapłan – przewodnik grup, drugi – porządkowy, który na pielgrzymce poznał swoją żonę. W ostatnich miesiącach także nasz Ojciec Magister, gdy dzielił się swoimi opowieściami o doświadczeniach, wzbudził we mnie chęć wzięcia udziału w pielgrzymce na Jasną Górę. Intensyfikację tematyki doświadczeń pielgrzymkowych, którymi się ze mną dzielono, odczytywałem dość jednoznacznie: jako zaproszenie do weryfikacji swojego punktu widzenia na duchowość pielgrzymkową.

W pielgrzymce udział wziąłem, ale nie na Jasną Górę. Wraz ze współbraćmi nowicjuszami udaliśmy się do północnych Włoch, gdzie wzięliśmy udział w pielgrzymce Kostka300, organizowanej z okazji trzysetnej rocznicy kanonizacji Św. Stanisława Kostki, pochodzącego z Rostkowa, miejscowości znajdującej się dzisiaj w granicach diecezji płockiej. Biskup właśnie tej diecezji jest pomysłodawcą i inicjatorem tego przedsięwzięcia.

Pielgrzymowanie po 25 latach przerwy, dodatkowo poza granicami Polski, przyniosło mi świeże spojrzenie, a co za tym idzie, głębsze rozumienie duchowości pielgrzymiego szlaku. Świeżość polega przede wszystkim na osobistym doświadczeniu drogi ze wszystkimi tego konsekwencjami: wysiłku, wysokich temperatur, asfaltówki, urazów stóp, etc – przy jednoczesnej rekompensacie tego wszystkiego za sprawą niesamowitych pejzaży alpejskich, ścian skalnych momentami dosłownie na wyciągnięcie ręki, malowniczych winnic, sadów brzoskwiniowych, upraw truskawek. Mistyka Alp jest dla mnie ujmująca, kieruje me myśli ku wydarzeniom opisanym w Księdze Wyjścia, gdy wczytuję się w historię przejścia Narodu Wybranego, pod przewodnictwem Mojżesza, poprzez Morze Czerwone. Mojżesz miał po swej lewej i prawej stronie ścianę z wody, my zaś – pielgrzymujący z Brennero do Trydentu, mieliśmy po swoich obu stronach ścianę z alpejskich masywów.

Mojżesz pełnił dzieło Pana, który uczynił go opiekunem ,,ludu, który wybrał sobie Pan na własność”. Misja Mojżesza polegała na poprowadzeniu drogą, jaką daje Pan. Drogą prowadzącej do Ziemi Obiecanej. Intencja wpisana w pielgrzymkę Kostka300 jest odpowiedzią na głos Pana, który mówi: “proście Pana Żniwa aby posłał robotników na Żniwo Swoje”. Nowicjusze Towarzystwa Jezusowego, siostra antonianka, dwaj prezbiterzy z diecezji płockiej, dyrektor Caritas oraz odpowiedzialny za szkoły katolickie, świeccy wolontariusze Caritas – oto cała nasza 14 osobowa grupa, która w dniach od 8 do 15 sierpnia realizowała trudy i wyzwania pielgrzymiego szlaku w otoczeniu malowniczych alpejskich, północno-włoskich pejzaży. Powołani do służby w Kościele, mający świadomość tego jak wielką wagę w głoszeniu słów Pana ma świadectwo życia, odziani w strój duchowny (nowicjusze oraz siostra), nierzadko z różańcami w dłoniach, nawiedzając po drodze na pielgrzymkowych szlaku kaplice, katedry i kościoły, śpiewając ,,Godzinki ku czci NPNMP”, odwzajemniając pozdrowienia napotkanych osób (mieszkańców Włoch, ale też licznych turystów z różnych stron świata) nieśliśmy w sercach intencję główną pielgrzymki: za powołania do służby w Kościele, jak i też mnóstwo innych: powierzonych nam i naszych osobistych.

Jeszcze parę słów o głębszym rozumieniu duchowości pielgrzymiej.

Pielgrzymka o której mowa, jak każda inna, to nic innego jak alegoria życia wiary. Ono jest pielgrzymowaniem. Tak jak było nim życie Pana Jezusa, szczególnie w Jego ostatnim, trzyletnim etapie, tak jest nim życie każdego. Jest w nim cel, intencja i okoliczności; jest nasza współpraca (lub jej brak) z łaską Pana, który troszczy się o wszystko i z cierpliwością pełną wrażliwości próbuje zachęcić nas do patrzenia na życie z jak najbliższą Jemu subtelnością na niuanse drogi życia i jej zwyczajne etapy. Pan daje się czasem dotknąć – jak Alpejskie skalne zbocza, ale kiedy indziej wydaje się być odległy. Nie po to by dokuczyć, pokazać, że jest górą, lecz by przetłumaczyć człowiekowi, że wystarczy mu łaski Ojca, by pokonać baaaardzo długi i stromy łuk drogi, by potem przez dłuższy czas być blisko Ojca, chronić się w Jego cieniu.

Wszelkie te głębokie, duchowe przemyślenia i trudy wędrowania nie działy się jednak w próżni – dopełniały je codzienne, niezwykle żywe spotkania z ludźmi oraz bliskie doświadczenie wspólnoty Kościoła w zupełnie nowym dla mnie środowisku.

Pielgrzymka Kostka300 była dla mnie ciekawym doświadczeniem. Była to nie tylko podróż duchowa, ale również spotkanie z ludźmi – pochodzącymi z innego kontekstu kulturowego, posiadającymi doświadczenie innego Kościoła, ale wierzącymi w tego samego Chrystusa. Już od samego początku byłem ciekawy tego, jak wygląda i funkcjonuje Kościół w północnych Włoszech, chciałem jakoś tego doświadczyć, poznać, zobaczyć. Dzięki uprzejmości osób napotkanych po drodze było to możliwe. Włosi okazali się bardzo gościnni oraz bardzo ciekawi tego, kim jesteśmy. Często pytali nas o strój, czy o to jaki jest cel naszej pielgrzymki i życzyli dobrej podróży. Jeszcze pierwszego dnia braliśmy udział w mszy świętej w kościele parafialnym, a po niej wywiązały się ciekawe rozmowy z miejscowymi – chociażby z panią, która znała pieśń ,,Jest zakątek…”, czy Polką, która przyłączyła się do nas następnego dnia.

Drugiego dnia spotkaliśmy pana, która przedstawił się jako ochroniarz uprawy jabłek. Jego otwartość była urzekająca – poprosił o zdjęcie z nami. Nawiedziliśmy sanktuarium w Mules, a na koniec dwóch z nas poznało panią, która była organizatorką noclegu. Jej gościnność, ponownie, była czymś poruszającym – zaprosiła ich do siebie do domu, gdzie poczęstowała wodą z cytryną, pozwoliła się umyć pod prysznicem, którego nie było w miejscu noclegowym oraz zapewniła miski, w których można się było umyć, czy turystyczną kuchenkę elektryczną.

W drodze do Brixen śpiewaliśmy godzinki. Właśnie tam spotkaliśmy starszą kobietę, która była zainteresowana naszym strojem i śpiewem. Po chwili rozmowy okazało się, że zna jezuitów, a także że ktoś z jej rodziny był jezuitą w Innsbrucku. Najciekawsze spotkanie było jednak już przy samym końcu naszego pielgrzymowania. W Cortacci, miejscowości noclegowej bezpośrednio przed Trydentem, spotkaliśmy dwie panie: matkę i córkę. Jedna z nich wyszła nam na spotkanie, chcąc poczęstować nas winogronami i wodą. Ostatecznie pozwoliły całej naszej grupie, czternastu osobom, umyć się u nich w domu, napić chłodnej wody z sokiem, czy zjeść wyhodowane przez nie winogrona. Córka, o imieniu Ancilla, okazała się być teologiem, pracującą w szpitalu, jako pomoc duchowa – prowadzi rozmowy, modli się przy umierających i zmarłych, w dużym skrócie: robi wszystko, oprócz sprawowania sakramentów.

Doświadczenie pielgrzymki dało mi pewien obraz Kościoła innego, niż ten polski. Kościoła, do którego chyba wciąż nie dojrzeliśmy. Kościoła, w którym osoba świecka jest nie tylko biernym obserwatorem, ale przede wszystkim współpracownikiem. Kimś, kto bierze aktywny udział w misji Chrystusa.

Ta otwarta postawa świeckich, pełna zaangażowania i życzliwości, z jaką spotykaliśmy się na każdym kroku, pokazała nam z bliska, jak wielkie pokłady dobra i bezinteresowności tkwią w napotkanych po drodze ludziach.

Pielgrzymka pokazuje, że ludzie są dobrzy. Doświadczyliśmy wiele gestów życzliwości i pomocy. Jednym z nich było zabranie nas w niedzielny poranek do kawiarni na śniadanie przez jedną panią, którą poznaliśmy dwa dni wcześniej, w Brennero, skąd zaczynaliśmy naszą wędrówkę. Było w tym coś niezwykłego — ta pani prawie nas nie znała, a mimo to znalazła dla nas czas i chciała zrobić dla nas coś dobrego. A takich sytuacji po drodze było więcej. Czasami była to pomoc w znalezieniu właściwej drogi, czasami uśmiech, dobre słowo czy chwila rozmowy. Na naszym ostatnim noclegu w Cortacci, dwie panie przyjęły naszą grupę do domu, żeby każdy z nas mógł się umyć po dniu wędrówki w upale. Nie wiem, czy większość z nas nie odczuwałaby oporów, żeby przyjąć chociaż jedną nieznajomą osobę do domu, a te panie otworzyły swój dom, przede wszystkim serca, dla 13 osób.

Podczas pielgrzymki, niejednokrotnie się zirytowałem, ponieważ różne rzeczy szły ,,nie po mojej myśli”. Bywało, że moje narzekanie brało górę nad radością z pielgrzymki. Dopiero po jej zakończeniu byłem w stanie zobaczyć i odczuć wdzięczność za to, że w jej trakcie tak naprawdę nie musiałem się o nic troszczyć. Codziennie miałem coś do jedzenia oraz picia i to nie za moje własne pieniądze. Nie musiałem pilnować drogi – szedłem tam gdzie reszta. Nie musiałem szukać sobie noclegu, bo tego dopilnował już ktoś inny. Takie sytuacje są dobrą szkołą ufności względem Boga.

To co mnie szczególnie urzekało podczas pielgrzymki, to piękno przyrody. Widok gór jest tym, co mnie zachwyca. W naturze Bóg w cichy sposób obdarza pięknem pochodzącym od Niego samego. Wędrując wśród gór, nawet jeśli są w dali, człowiek może doświadczyć, że to jednak nie on jest panem świata.

Nowicjusze: Marek Radomski, Mateusz Gajda, Kacper Biłant, Maksymilian Nowotniak