«Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego.(…) Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam sobie przypomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim. Potem przyjdź i dar swój ofiaruj” (Mt 5, 20.24).

Jest to uderzające, że w Kazaniu na Górze Jezus „wypełnia”, czyli doprowadza do ich doskonałej formy, przykazania dotyczące miłości bliźniego. Wprost nie nawiązuje do przykazań z pierwszej tablicy Dekalogu dotyczących relacji do Boga i szabatu. Owszem, w centrum Kazania pojawia się modlitwa „Ojcze nasz”, gdzie najpierw prosimy Boga, aby to On był zawsze źródłem, centrum i celem wszystkiego. Również gdy mowa o naszym stosunku do dóbr materialnych, do podstawowych potrzeb życiowych. mamy na nie spoglądać nie przez pryzmat naszych zmartwień i lęków, lecz ufać w dobroć i opatrzność Ojca. Ostatecznie wszelkie nasze dobre czyny, które przecież możemy wykonać dla bliźnich, mają ukazywać innym dobroć Ojca i sprawiać, aby ludzie chwalili Ojca. Kazanie na Górze pokazuje w doskonałej harmonii i jedności relację do Boga i relację do człowieka. Są one nierozłączne. Miłość do Boga nie istnieje w chrześcijaństwie poza miłością do człowieka lub obok niej.

Także i w dzisiejszej Ewangelii Jezus modyfikuje bądź po prostu objawia jako pewną nowość w dotychczasowym rozumieniu religii, jaki rodzaj ofiary miły jest Bogu. Tak bardzo to, co boskie jest złączone z tym, co ludzkie w Chrystusie, że Ojciec nie życzy sobie żadnych darów i ofiar ze strony człowieka, jeśli ten żyje w jakiejś formie niezgody, nieprzebaczenia i niepojednania z bratem czy siostrą swoją. Co więcej, z kontekstu Ewangelii wynika, że nie wiadomo do końca, co jest przyczyną tego, że „brat coś ma przeciwko tobie”. Czy jest to wina składającego ofiarę, a może zaszło jakieś nieporozumienie, albo brat się z jakiegoś powodu obraził i się nie odzywa. Jezus każe iść do brata jako pierwszy, gdy tylko ofiarujący dar uświadomi sobie, że coś takiego ma miejsce.

Zasadniczo w religijności naturalnej ofiarowuje się coś bogom bez względu na to, jak wyglądają relacje międzyludzkie tych, którzy dary ofiarowują. To nieistotne. Bo religijność naturalna w dużej mierze kształtowana jest przez człowieka. Tu jest inaczej.

Podobnie w modlitwie „Ojcze nasz” w jednym przypadku pojawia się pewien warunek spełnienia prośby. Chodzi o przebaczenie, którego spodziewamy się od Boga. Tutaj z kolei Jezus zapewnia, że nie zostanie ono nam udzielone, jeśli my nie odpuścimy win naszym winowajcom: Katechizm Kościoła w mocnych słowach komentuje tę prośbę z „Ojcze nasz”: „Powinno wzbudzać w nas przerażenie to, że strumień miłosierdzia nie może przeniknąć do naszego serca tak długo, jak długo nie przebaczyliśmy naszym winowajcom” (KKK, 2840)

To samo można powiedzieć o naszych ofiarach, uwielbieniach i darach składanych do Boga. Nie dotrze ono do serca Boga, jeśli jesteśmy pokłóceni z bratem lub siostrą. No to taki dar jest nieszczery, ale też dlatego, że Ojcu Jezusa Chrystusa i naszemu zależy na tym, by wiara zmieniała relacje międzyludzkie na lepsze.

Co więcej, Katechizm dodaje, że „przebaczenie jest szczytem modlitwy chrześcijańskiej; daru modlitwy nie przyjmie inne serce, jak tylko to, które jest zgodne z Boskim współczuciem (KKK, 2844) To jest ciekawy paradoks. Z jednej strony celem modlitwy jest przemienione serce, które jest pełne Boskiego współczucia wobec braci i sióstr, ale z drugiej tego daru przemiany, daru tej modlitwy, nie będziemy mogli przyjąć, jeśli nie będziemy przebaczać, jeśli w sercu zamiast współczucia będzie zawziętość, odwet, domaganie się sprawiedliwości za wszelką cenę, gorycz i obrażanie się.

Na tym polega „większa sprawiedliwość”, o której mówi Jezus. Nie chodzi o to, by coś zrobić dla Boga, wypełnić jakiś przepis, nie zważając na to, jak wyglądają nasze relacje międzyludzkie. Większa sprawiedliwość obejmuje współczucie i miłosierdzie. Ta sprawiedliwość to prawość życia, świętość. Tak ją definiuje chociażby dzisiejsze pierwsze czytanie: „A gdyby sprawiedliwy odstąpił od swej sprawiedliwości i popełniał zło” (Ez 18, 24). Sprawiedliwość to czynienie dobra, które zawiera się w Dekalogu i Nowym Prawie objawionym przez Jezusa. Nieprawość to przeciwieństwo prawości, niesprawiedliwości.

Pewnym nieszczęściem jest to, że ciągle wyjmujemy miłosierdzie z Bożej sprawiedliwości i stawiamy je obok siebie. To skutek wpływu filozofii stoickiej, greckiej i rzymskiego prawa. Nie mówimy, że Bóg jest miłosierny i sprawiedliwy, raczej Bóg jest miłosierny, ale też sprawiedliwy. Jakby miłosierdzie i sprawiedliwość to dwa przeciwstawne sobie lub zwalczające się ze sobą bieguny. Sprawiedliwi w Ewangelii według św. Mateusza są ludzie z przypowieści o Sądzie Ostatecznym, którzy pod wpływem przemienionego serca pełnego współczucia okazywali miłość czynną braciom najmniejszym.

Wiemy z doświadczenia, że przebaczenie jest trudne, ponieważ odnosi się do naszych najgłębszych zranień, zwłaszcza ze strony najbliższych. Nie jest ono możliwe bez doświadczenia/poznania współczującej miłości Boga i Ducha Świętego obecnego w sercu.

Jeszcze dwie myśli z tej dzisiejszej Ewangelii. Jezus mówi o relacji do brata względnie siostry, nie do ludzkości, do kogoś żyjącego daleko. Tutaj zaczyna się świecić światło, czyli dobroć Ojca prześwitująca przez nas – od przebaczenia i miłości wobec tych, którzy są naszymi braćmi i siostrami. To jest prawdziwy maksymalizm chrześcijański. A jakże trudny.

Po drugie, istnieje ciągle taka wizja chrześcijaństwa, w której najpierw się walczy z różnymi wrogami, często dosyć abstrakcyjnymi: liberalizmem, modernizmem, lewicą, genderyzmem, homoseksualizmem, z nieprzychylną nam partią. Walka bywa tym intensywniejsza im wróg jest bardziej abstrakcyjny i w sumie nic nam z tego powodu nie grozi. No i oczywiście wszystko na chwałę Bożą: broni się Boga, wartości chrześcijańskich. To jest kapitalne odwrócenie uwagi od tego, co jest sercem wiary. Łatwiej walczyć z wrogiem abstrakcyjnym albo nawet rzeczywistym niż czynić miłość i przebaczać bratu i siostrze, komuś realnemu, bliskiemu. Bo rzeczywiście w ten sposób szybko nie sprawimy, że wszyscy będą myśleć tak jak my, że będzie prawdziwie chrześcijański porządek. Miłość wobec bliskiego jest tak „mało skuteczna” w zmianie świata. Chrześcijaństwo walczące chciałoby przeprowadzić radykalną rewolucję na świecie. Ale Jezus mówi, że w ten sposób niczego nie zmienimy, bo droga do zmiany świata wiedzie przez ludzkie serca, a nie przez ideologiczne wojenki nawet jeśli towarzyszą nam najszczytniejsze idee.