Arturo Sosa SJ, przełożony generalny Towarzystwa Jezusowego, otwarcie przyznaje, że jego droga do zakonu nie była wolna od lęku i fizycznych ograniczeń. Jako młody człowiek zmagał się z ciężką astmą, co stawiało pod znakiem zapytania jego przydatność do wymagającej służby. Dziś, po latach przewodzenia jezuitom, dzieli się przekonaniem, że jedyną gwarancją przetrwania wspólnoty jest całkowite oddanie kontroli nad przyszłością w ręce Boga.

Droga Arturo Sosy do zakonu rozpoczęła się w Wenezueli, w czasach jego nauki w szkole średniej. Jak sam wspomina, był to okres intensywnego zaangażowania w akcje społeczne oraz formację w grupach modlitewnych i dyskusyjnych. Proces ten zbiegł się w czasie z trwającym Soborem Watykańskim II, który wyznaczał nowe kierunki dla Kościoła i świata.

W sercu młodego Arturo krystalizowało się wówczas przekonanie, że jego życie ma sens jedynie w obrębie Towarzystwa Jezusowego. Generał deklaruje jasno: gdyby nie mógł zostać jezuitą, nie zdecydowałby się na kapłaństwo ani życie zakonne w żadnej innej formie. Dla niego powołanie było tożsame z konkretną drogą wyznaczoną przez ignacjański charyzmat.

Astma i lęk o przydatność

Na drodze do realizacji tego celu stanęła jednak poważna przeszkoda zdrowotna. Sosa od dzieciństwa cierpiał na silną astmę, co rodziło w nim paraliżujący strach. Obawiał się, czy jego kondycja fizyczna pozwoli mu na podjęcie trudów życia zakonnego i czy będzie ona wystarczająco dobra, by służyć innym.

Perspektywa czasu pokazała, że obawy te były nieuzasadnione. Arturo Sosa spędził w zakonie wiele lat, ciesząc się dobrym zdrowiem, co pozwala mu dziś z nadzieją patrzeć na domknięcie swojej życiowej misji we wspólnocie. Jego doświadczenie stało się fundamentem przesłania, by nie bać się jutra, ponieważ przyszłość nie spoczywa w ludzkich rękach.

 

Lekcje od rodziny i świata

Współczesna wiedza i mądrość generała mają dwa główne źródła. Pierwszym z nich jest rodzina – rodzice, dziadkowie i rodzeństwo, którzy uformowali jego fundamenty. Drugim, niemal równie istotnym, są sami jezuici, od których Arturo Sosa uczy się od dziesięcioleci.

Dzięki życiu we wspólnocie z ludźmi z różnych stron świata, w różnym wieku i o odmiennych doświadczeniach, generał mógł dostrzec wielowymiarowość Bożej mądrości. To właśnie w twarzach, słowach i codziennej służbie swoich współbraci odnajduje on oblicze Boga. Bycie świadkiem nadziei stało się dla niego kluczowym elementem tożsamości.

Nadzieja zapisana w Konstytucjach

Arturo Sosa w swojej refleksji nad przyszłością zakonu często odwołuje się do dokumentów założycielskich. Przywołuje ostatni rozdział Konstytucji Towarzystwa Jezusowego, który stawia pytanie o to, jak zachować wspólnotę przy życiu. Odpowiedź zawarta w tekście jest radykalna: jedynym sposobem na przetrwanie jest pokładanie nadziei wyłącznie w Bogu.

Dla generała oznacza to konieczność budowania głębokiej zażyłości z Bogiem oraz pełną dyspozycyjność do służby drugiemu człowiekowi. Podkreśla on, że życie nie jest łatwe dla nikogo, a pójście za Jezusem nie wiąże się z obietnicą braku problemów. Wręcz przeciwnie – jest to zaproszenie do wejścia na drogę krzyża, która w optyce wiary jest jedyną drogą do prawdziwego życia.