(fot. Ramon Snellink/ Flickr.com/ CC)

(fot. Ramon Snellink/ Flickr.com/ CC)

Wniebowzięcie Maryi to znak łaski – tej samej, która towarzyszy każdemu z nas. Bo wzięcie do nieba z duszą i ciałem to obietnica dotycząca każdego wierzącego.

Kiedy Maryja rodziła się i umierała, świat żył innymi sprawami. Nie zaproszono na te ciche uroczystości żadnych Herodów i Cezarów. Na celebrytkę się nie nadawała, bo czymże ten świat miała ująć? Pomiędzy ukrytą chwałą jej Niepokalanego Poczęcia, o którym Joachim i Anna nie mieli zielonego pojęcia, a blaskiem jej przejścia do Syna, rozegrało się dość szare życie izraelskiej dziewczyny: dojrzewanie, potem codzienna troska o dom i rodzinę, łzy radości, tęsknoty i bólu, pielgrzymka wiary.

Olśnieni od dzieciństwa nimbem Maryjnej glorii jesteśmy skłonni prozaiczność jej życia przysłonić złotymi koronami. Ale właśnie ta zwykłość łączy nas z Matką naszą, nie wyjąwszy przy tym jej szczególnych przywilejów.

Pożegnanie

Odkąd Jezus zabrał swoją Matkę z ciałem do nieba (lepiej nie mógł wypełnić czwartego przykazania Dekalogu), widziano ją na ziemi już nie jeden raz. Guadalupe, Lourdes, Gietrzwałd, Fatima, Medziugorje. Co prawda, tylko wybranym dane było zobaczyć ją na własne oczy. Reszcie pozostaje w to wierzyć, co w istocie więcej znaczy, niż widzieć. Zostawmy na boku tych, co to zamroczeni aureolą naukowego oświecenia, wątpią na potęgę, próżno szukając dowodów, lub drwią sobie z katolickich „zabobonów”.

Dla tych jednak, którzy mają odwagę wierzyć, wynika z tego morał taki, że Wniebowzięta nie pożegnała się z tym światem na dobre, oddając się zapamiętale niebiańskim rozkoszom. Co rusz przekracza bramę czasu, bo najwidoczniej zależy jej bardzo, byśmy się nie zabłąkali na amen i nie stworzyli sobie erzacu wieczności na ziemi. Toteż jednego dnia przychodzi jak Sokrates, platoński giez wypuszczony z ręki boga, by kąsać śpiącego chrześcijańskiego konia. Innym razem wylewa rzewne łzy nad ludzką głupotą. A czasem Piękna Pani uśmiecha się, jakby „chciała przypomnieć, że piękno jest jednym z komponentów świata” (Miłosz).

Wniebowzięcie Maryi oznacza również wzięcie ziemi do nieba. Wszak ona jest Córką i Rodzicielką Stworzyciela, Matką wszystkich żyjących, małym Kościołem wtulonym w ramiona Boga, a przez to „nadzieją pozbawionych nadziei”. Ciałem Dziewicy jest bowiem Ciało Jej Syna (caro Mariae – caro Verbi) to chwalebne niebieskie – i to pielgrzymujące nadal wśród pyłów ziemi, poranione i obolałe, tęskniące i uświęcające się. Nic dziwnego, że także na pogrzebach błagamy, by „na spotkanie w progach Ojca domu wyszła litościwa Matka”.

Wyznanie

Dogmaty nie są tylko arbitralnie ukutymi formułami teologicznymi, z którymi nie wiadomo co począć. Wszystkie bez wyjątku, także te maryjne, wyrażają ścisły związek Chrystusa z Kościołem, bynajmniej nie tylko z tym odzianym w sutanny, habity i purpury. Dogmaty próbują uchwycić ukryty nurt życia, który trudno zauważyć gołym okiem.

Dlatego słusznie zwraca uwagę Karl Rahner, że „Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny z ciałem i duszą nie głosi o Maryi niczego innego niż to, co wyznajemy również o nas samych w Składzie Apostolskim”. Chodzi mianowicie o „ciała zmartwychwstanie”, „obcowanie świętych” i „życie wieczne w przyszłym świecie”, ale przede wszystkim o teraźniejsze współodczuwanie z Chrystusem i przejęcie się Jego misją. Wzięcie do nieba z duszą i ciałem to obietnica, która dotyczy każdego wierzącego. Tyle że w przypadku Matki Chrystusa wszystko odbyło się w „przyśpieszony” i wznioślejszy sposób.

Specjalna pozycja Maryi nie polega jednak na tym, że wręczono jej wieniec laurowy za żmudnie wypracowane zasługi. Raczej wszystko otrzymała w prezencie. Na jej przykładzie, w szczególnym znaku, Bóg ukazał potęgę i pierwszeństwo tego, co w teologii nazywamy łaską, czyli udzielaniem się Boga człowiekowi w sposób darmowy i niczym niezasłużony. Ta sama łaska towarzyszy każdemu z nas od momentu poczęcia, a nawet jeszcze przed założeniem świata, jak pisze św. Paweł. Powołanie do istnienia i podtrzymywanie w nim przecież jest również darem, a nie należnością jak zwrot podatku z urzędu skarbowego.

Zarówno dogmat o Niepokalanym Poczęciu, jak i jego kontynuacja, czyli Wniebowzięcie, zostały stwierdzone stosunkowo późno, ponieważ Kościół musiał dojrzeć, aby przezwyciężyć nieco jednostronną koncepcję grzechu pierworodnego i łaski. Niemało zamieszania wprowadził tutaj skądinąd genialny św. Augustyn. W sporze z Pelagiuszem, który podkreślał wrodzoną dobroć natury ludzkiej, a Chrystusa stawiał tylko za wzór do naśladowania, biskup Hippony, broniąc konieczności łaski do wewnętrznej odnowy, zbyt mocno podkreślił wpływ grzechu na człowieka. Zdaniem doktora łaski (nomen omen) człowiek rodząc się, jest bardziej określony przez grzech niż przez łaskę. W pewnym sensie jest ona wtórna, jakby ogarniała człowieka dopiero po zaciągnięciu winy. Niepokalane Poczęcie nie pasowało św. Augustynowi do tego czasowo-przestrzennego schematu, bo Chrystus jeszcze nie umarł, a przecież, jak później precyzuje dogmat, ze względu na Jego przewidziane dzieło Dziewica została „wcześniej” odkupiona. I nie wróciła do raju. Podobnie jak my, żyła „poza Edenem”, ale potrzebowała nie tyle odpuszczenia win, co pozytywnego uświęcenia, podniesienia wzwyż, duszy i ciała. Święto 15 sierpnia przywołuje finał tej pięknej symfonii.

Wizyta

Nasi bracia protestanci powiedzą: na miły Bóg, katoliku drogi, w Piśmie Św. wprost o Wniebowzięciu nie znajdziesz ani słowa. I mają rację. Ale Bóg nie dał ludziom rozumu od parady i nie wyłożył wszystkiego jak na tacy. A i Jezus nie na próżno prorokował, że „Duch Święty doprowadzi was do całej prawdy” (J 16, 13). Dogmaty maryjne zostały z Pisma Świętego wywiedzione na drodze refleksji jako logiczna konsekwencja wcześniejszych orzeczeń chrystologicznych. Pius XII, ogłaszając w 1950 r. dogmat o Wniebowzięciu, wyjaśnia, że to wydarzenie jest owocem fizycznego i duchowego pokrewieństwa Maryi z Jej Synem, jak również wyrazem Jej uczestnictwa w misji Zbawiciela.

Podobną intuicją dzieli się św. Ignacy Loyola, który w „Ćwiczeniach Duchowych” zaleca, aby rozważanie Zmartwychstania Chrystusa rozpocząć od Jego wizyty w domu Maryi. Zdaniem świętego, to właśnie jej pierwszej ukazał się Jezus, chociaż Ewangelie ten fakt przemilczają. O dziwo, ta „nieortodoksyjność” założyciela jezuitów umknęła skrupulatnej uwadze ówczesnej Inkwizycji.

A więc Jezus idzie z radością najpierw do swojej Matki, ponieważ ona nie zwątpiła; ufała, że śmierć Syna to nie koniec, a zarazem jako godna reprezentantka całej ludzkości gotowa była przyjąć nowe życie, tak jak uczyniła to już podczas Zwiastowania. Była przy krzyżu, ale nie przy grobie trzeciego dnia. Jeden z moich współbraci podczas swoich rekolekcji przedstawił sobie tę scenę w nieco żartobliwy sposób. Wyobraził sobie, jak to Jezus wybiera się w poranek wielkanocny do swojej Mamy, całuje ją w policzek, siada przy stole, po czym z ust Maryi słyszy, jakby nigdy nic: „Synku, zrobić ci kawy czy herbaty?”. Pół żartem czy na serio ta pierwotna wiara Maryi w Zmartwychwstanie Syna musiała się dopełnić w postaci jej cielesnego zmartwychwstania tuż po jej śmierci.

Sen

Wniebowzięcie Matki Kościoła rzuca również światło na ludzką śmierć. Targanemu przez lęk człowiekowi śmierć kojarzy się z definitywnym końcem, rozpadem, rozdzieleniem i pustką. Dla Maryi śmierć była spełnieniem życia, przejściem do jego kolejnej formy, zgodnie z tym, co wypowiedział św. Paweł: „I w życiu więc, i w śmierci należymy do Pana” (Rz 14, 8).

Najdoskonalszą formą życia jest bowiem przynależność do Chrystusa. Bez względu na to, czy żyjemy, czy stoimy na progu śmierci biologicznej, ciągle jesteśmy w rękach Chrystusa. Jednak doświadczenie styku wieczności i czasu przekracza możliwości naszej ludzkiej kondycji. Nawet gdyby nie tknął nas oścień grzechu, przejście na „tamten” świat byłoby może mniej bolesne, ale wciąż podobne do anestezjologicznego uśpienia. Dlatego wczesna tradycja zachowana w Kościołach Wschodnich mówi o Zaśnięciu Matki Bożej. Św. Franciszek Salezy pisze, że „śmierć Maryi była spowodowana transportem miłości”.

Znamienne potwierdzenie tego innego podejścia do śmierci fizycznej znajdziemy w ewangelicznej opowieści o wskrzeszeniu córki Jaira. Kiedy Jezus dociera do domu zmarłej, każe rozejść się płaczkom i ogłasza, że „dziewczynka nie umarła, tylko śpi” (Mt 9, 23). Zebrani gapie śmieją się. Śmierć to śmierć. Żadne przelewki, żadna popołudniowa drzemka. Jezus nie neguje faktu śmierci, ale odrzuca jej definitywność i tragiczność. Stąd o zmarłych do dzisiaj mówimy, że śpią lub zasnęli w Panu. Sen nie jest przecież rozpłynięciem się w nicości, lecz dobroczynną koniecznością. By dalej żyć, trzeba co dzień spać.

I tak oto, gdy wakacje trwają jeszcze w najlepsze, a niemała część wierzących wciąż odpoczywa, wyleguje się na plażach i zdobywa górskie szczyty, mamy zmierzyć się z naszym przeznaczeniem. I ucieszyć się jutrzenką nadziei, która wyszła od nas. Kto wie, może niejeden turysta, zachwycony widokiem pięknych gór i lazurowych wybrzeży, czuje się wniebowzięty, choć nie łączy tego stanu z Wniebowzięciem. Ale dobre i to. Każde święto służy jednak do tego, by wlać w nasze serce więcej radości i przeszczepić kolejną porcję żywych komórek wiary. Nie dajmy sobie odebrać tej niepowtarzalnej okazji.

DEON_LOGO/ o. Dariusz Piórkowski SJ/ RED.