Spośród owych trzech przypowieści o „zagubionym i znalezionym” szczególna jest przypowieść o miłosiernym Ojcu i jego dwóch synach. Opowiada bowiem o losach człowieka w przedziwny sposób wplątanych w losy Pana Boga oraz o losach Pana Boga równie przedziwnie wplątanych w losy człowieka.

Z Ewangelii według św. Łukasza:

Przybliżali się do Niego wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać. Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie, mówiąc: „Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi”. Opowiedział im wtedy następującą przypowieść: „Któż z was, gdy ma sto owiec, a zgubi jedną z nich, nie zostawia dziewięćdziesięciu dziewięciu na pustyni i nie idzie za zgubioną, aż ją znajdzie? A gdy ją znajdzie, bierze z radością na ramiona i wraca do domu; sprasza przyjaciół i sąsiadów i mówi im: «Cieszcie się ze mną, bo znalazłem owcę, która mi zginęła». Powiadam wam: Tak samo w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia.

Albo jeśli jakaś kobieta, mając dziesięć drachm, zgubi jedną drachmę, czyż nie zapala światła, nie wymiata z domu i nie szuka starannie, aż ją znajdzie? A znalazłszy ją, sprasza przyjaciółki i sąsiadki i mówi: «Cieszcie się ze mną, bo znalazłam drachmę, którą zgubiłam». Tak samo, powiadam wam, radość nastaje wśród aniołów Bożych z powodu jednego grzesznika, który się nawraca”.

Powiedział też: „Pewien człowiek miał dwóch synów. Młodszy z nich rzekł do ojca: «Ojcze, daj mi część własności, która na mnie przypada». Podzielił więc majątek między nich. Niedługo potem młodszy syn, zabrawszy wszystko, odjechał w dalekie strony […]” (Łk 15, 1-13).

W ciągu roku liturgicznego Kościół święty wiele razy przypomina o radosnym orędziu błogosławieństw Pana Jezusa. I nawet w najbardziej smutnych dniach Wielkiego Postu orędzie to nie wzywa nas ani do smutku, ani do zamykania okien przed słonecznymi promieniami. Orędzie błogosławieństw to wezwanie do radości i szczęścia. Pan Jezus mówi o nawróceniu, o zmianie życia na lepsze, ale w Ewangelii nawrócenie to uznanie i dostrzeżenie w Zbawicielu jedynego źródła prawdziwego szczęścia. Na tę słoneczną radość, która winna ozdabiać nasze nawrócenie, wskazują także przytoczone na wstępie (dwie w całości i trzecia we fragmencie) ewangeliczne przypowieści o „zgubionym i znalezionym”.

Przypowieść o miłosierdziu

Spośród owych trzech przypowieści o „zagubionym i znalezionym” szczególna jest przypowieść o miłosiernym Ojcu i jego dwóch synach. Opowiada bowiem o losach człowieka w przedziwny sposób wplątanych w losy Pana Boga oraz o losach Pana Boga równie przedziwnie wplątanych w losy człowieka.


Najpierw popatrz tu! Oto młodszy syn powraca właśnie z nie tak dawno wybranej samowolnie dalekiej krainy. Odziany w podartą, brudnożółtą szatę. Jego lewa stopa jest bosa, prawa obuta w jakiś zniszczony, stary sandał. Włosy ma krótko ostrzyżone jak u więźnia, twarz smutną, choć widać na niej jakiś upór i zdecydowanie. Tylko oczy jaśnieją nadzieją, a przewieszona u boku krótka szpada nieustannie dźwięczy, że ten wynędzniały wędrowiec to naprawdę – mimo wszystko − syn prawdziwy swego Ojca.

Patrz w dal! To starszy syn uparcie pracuje na polu. Może przy żniwach, może przy zbieraniu winogron, a może tylko dogląda robotników winnicy, którzy wkrótce pójdą po jednego denara, całodzienną zapłatę za swoją pracę. Starszy syn, ubrany w dostojne szaty, jest zimny, dumny, nieprzystępny i niemal wrogi. Podkreśla to długa, sięgająca brody laska i padające na niego zimne światło. Niemal nie słyszy wyraźnych przecież słów Ojca, dla którego ciągle jest umiłowanym dzieckiem: Moje dziecko, ty zawsze jesteś ze mną i wszystko, co moje, do ciebie należy (Łk 15, 31). Jakiż kontrast między nim a powracającym z daleka młodszym synem! Z jednej strony przepych, bogactwo i niezmienna pewność siebie, z drugiej – nędza, niepewność i tylko dodający otuchy dźwięk szpady: „Ty jesteś mój syn umiłowany” (por. Mt 17, 5).

Patrz! Oto grupka ludzi podąża w stronę starszego syna. To pewnie robotnicy z jedenastej godziny przed chwilą przez Ojca najęci: Idźcie i wy do winnicy (Mt 20, 7). Oni zaledwie jedną godzinę trudzić się będą pod bacznym okiem starszego syna, ale zapłatę otrzymają dokładnie taką samą jak ci, którzy znosili ciężar dnia i spiekotę (Mt 20, 12).

Wreszcie patrz! To Ojciec stoi przed domem weselnym. To jednocześnie pan winnicy, najemca robotników i rodzony Ojciec młodszego i starszego syna. Spójrz w jego dziwne oczy zapatrzone w bezkresną dal. Jest w nich miłość, jakiej nigdzie się nie spotyka. Miłość ta w jednakowy sposób ogarnia powracającego młodszego syna i ciężko pracującego starszego syna, robotników, którzy trudzili się w winnicy cały dzień, i tych, którzy najęli się do pracy dopiero pod koniec dnia. To miłość naprawdę jednakowa, miłość nieobwarowana żadnymi wstępnymi warunkami, miłość niezrodzona i nieśmiertelna.

W tej niezwykłej przypowieści Jezusa wszyscy spotykają się z miłością Ojca i wszyscy mają się z nią skonfrontować, jakby zdawali nadprzyrodzony egzamin dojrzałości z tego, jak rozumieją ową miłość.

Młodszy syn

Cóż sobie przypomina młodszy syn? Niedawno, a może przed bardzo wielu laty, zażądał od Ojca tylko tego, co mu się słusznie należało i co wcześniej czy później i tak by otrzymał. Żądanie to było jednak niczym uderzenie w twarz kochającego Ojca. To tak jakby mu powiedział: „Nie chcesz czy nie możesz umrzeć, to sobie żyj, ale ja mam już ciebie dość”.

To prawda, że póki miał pieniądze i dopóki je beztrosko wydawał, nie myślał ani o Ojcu, ani o starszym bracie, ani o domu rodzinnym, w którym we wczesnych latach młodości doznał jedynie dobra. Nie słyszał nawołującego go do powrotu cichuteńkiego głosu Ojca: „Ty jesteś mój syn umiłowany”. Prawdą jest także, że młodszy syn utracił wszystko i że dosięgła go taka nędza, że z głodu chętnie jadłby młóto, którym karmiono wieprze, ale nikt nawet tego nie chciał mu dać. Prawdą jest także, że wszedł w głąb siebie i zaczął poważnie myśleć o swojej sytuacji dopiero wtedy, gdy się zorientował, że traktowany jest gorzej niż zwierzęta. Prawdą jest także, że to skrajna nędza sprawiła, że zdumiony usłyszał cichuteńki głos Ojca, który wyśpiewywała mu krótka szpada, pozostawiony mimo wszystko znak szlachectwa. Musiał ten głos usłyszeć, skoro doszedł do wniosku, że już nie jest godzien nazywać się synem swojego Ojca (por. Łk 15, 19).

To wszystko prawda, tylko że nie jest to wcale ważne. Istotne jest jedynie to, że wreszcie usłyszał rozmiłowany głos swojego Ojca i postanowił wrócić do domu. Nie jest też ważne to, co wymyślił po drodze: przedziwną formułę na powitanie, w której nie było śladu jakiegokolwiek usprawiedliwienia, tylko żałosne stwierdzenie, że utracił prawa do nazywania się synem swego Ojca i że chce być chociaż jednym z najemników w jego domu. Ważne jest to, że powrót potraktował niezwykle poważnie i że gotowy był na wszystko. Nie rozumiał tylko jeszcze, na czym polega miłość jego Ojca.

Jakież zdumienie musiało go ogarnąć, kiedy objęły go pełne miłości ramiona Ojca. Bez słowa pozwolił z siebie zrzucić łachmany i – zdumiony, a może także zadumany − pozwolił się ubrać w kosztowną weselną szatę, przeznaczoną dla najlepszych gości. Bez słowa uniósł stopy i przywdział nowe sandały. Bez słowa wyciągnął rękę, kiedy nakładano mu pierścień − znak, że rzeczywiście jest prawdziwym synem swego Ojca.

I kiedy tak wystrojony ze szpadą u boku, której nigdy nie zgubił, wchodził za swoim Ojcem na biesiadną salę, ze zdumienia nie wyrzekł ani jednego słowa. A tu przecież tańce, a tu weselne śpiewy, a tu jadła i napoju dostatek… Ukrytemu przy ścianie fleciście aż rumieńce wyszły na policzkach, tak dął w złocisty flet. Jakaś kobieta wychyliła się zza ściany ze łzami w oczach. Może to matka marnotrawnego syna?

Taką wielką, powszechną radość z powrotu młodszego syna możemy wyczytać z obrazu Rembrandta Powrót syna marnotrawnego. Radość z tego, że ten syn mój był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się (Łk 15, 24). Tak się zaczęła Boża radość z tego, że oto jeden grzesznik powrócił do domu Ojca, że odnaleziona została owca, która zagubiła się spośród stu, że uboga kobieta odnalazła drachmę zagubioną spośród dziesięciu.

Starszy syn

Na tę nadzwyczajną Bożą radość trafia powracający z pola starszy syn, zawsze wierny i do swego Ojca szczerze przywiązany. Nie rozumie, skąd ta niespodziewana radość, skąd te radosne dźwięki muzyki i hałas tanecznego potupywania, które docierają aż tutaj. Starszy syn pyta więc służącego, co się dzieje. Wbrew temu, czego pewnie oczekiwał, dowiaduje się, że powrócił jego młodszy brat, który na rozpuście utracił cały majątek, a mimo to tak radośnie przez Ojca jest przyjmowany. Twój brat powrócił, a ojciec twój kazał zabić utuczone cielę, ponieważ odzyskał go zdrowego (Łk 15, 27).

Gniew w nim wezbrał jak w Jonaszu patrzącym na pokutującą Niniwę, która jego zdaniem powinna być zniszczona. Rozgniewał się na to i nie chciał wejść (Łk 15, 28a). Gniew człowieka świętego jest zazwyczaj gniewem strasznym, a jego upór uporem niespodziewanym i nie do przezwyciężenia. Nie wiemy, czy ów gniew pomógł uśmierzyć Ojciec, który wyszedł i tłumaczył mu (Łk 15, 28b). Wiemy tylko, że starszy syn wypowiedział wówczas wszystko, co pewnie od dawna go nurtowało: Oto tyle lat ci służę i nie przekroczyłem nigdy twojego nakazu; ale mnie nigdy nie dałeś koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę (Łk 15, 29-30).

Ojciec sprawia wrażenie, jakby nie słyszał wyrzutów starszego syna. Ciągle żyje jeszcze radością z powrotu młodszego syna. Przypomina starszemu, że przecież to wszystko, co go otacza, jest jego własnością, zostało mu już dane. Jest wprawdzie bardzo delikatny i nawet jednym słowem nie wspomina bezpośrednio o tym, że równe prawa do tego wszystkiego ma młodszy syn, dodaje jednak znamienne słowa: A trzeba było weselić się i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się (Łk 15, 32).

Miłość Ojca

Taka jest miłość Ojca. Czy starszy syn ją zrozumie? Czy pozwoli, by także jego Ojciec mógł odnaleźć? Za chwilę podejdą do niego robotnicy z winnicy. Starszy syn odeśle ich do Ojca po zapłatę za dzień pracy. Ojciec ustawi ich w szeregu, poczynając od tych, którzy tylko jedną godzinę pracowali. I oto wszyscy otrzymają tyle samo: zarówno ci, którzy tylko jedną godzinę pracowali, jak ci, którzy znosili ciężar dnia i spiekotę. Wszyscy otrzymają po jednym denarze. Miłość Ojca niebieskiego jest bowiem dla wszystkich jednakowa. Nikt nie może otrzymać ani więcej, ani mniej. Wszyscy otrzymują dokładnie tyle samo, bo wszyscy otrzymują wszystko: Moje dziecko, ty zawsze jesteś ze mną i wszystko, co moje, do ciebie należy. A trzeba było weselić się i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się.

Taka jest miłość Boża i taka jest Boża sprawiedliwość. Wszyscy otrzymujemy to samo, bo wszyscy otrzymujemy wiekuiste oglądanie Pana Boga. Jakże biedny będzie starszy syn, jeżeli nie przełamie swojego uporu i nie wejdzie do domu Ojca, gdzie panuje radość, rozbrzmiewa muzyka i trwają radosne tańce. Tyle się napracował − i to wszystko właściwie poszło na marne. Wybrał swoją daleką krainę, która tak naprawdę leży tuż za domem Ojca. Wystarczy się odwrócić, by ujrzeć szeroko otwartą bramę rodzinnego gniazda, by zobaczyć szeroko rozwarte ramiona uradowanego Ojca, by uchwycić we własne dłonie nieskończone i nieobwarowane żadnymi wstępnymi warunkami szczęście.

autor: Jan Ożóg SJ