Wyzwólmy Albanię! Edi Rama musi odejść! Albania nie jest na sprzedaż! Od dwóch miesięcy tysiące ludzi wychodzi codziennie na ulice Tirany niosąc transparenty nawołujące do dymisji rządu.

Albańczycy, kiedyś kojarzeni z izolacją i zacofaniem, stają się dzisiaj awangardą w organizacji spontanicznych pokojowych manifestacji. Protest łączy pragnienia starych i młodych, robotników, rolników i intelektualistów, niewierzących i wyznawców różnych religii. Zyskał miano Rewolucji Flamingów. Kościół zachęca, by wsłuchiwać się w głos protestujących, a wielu księży wyraźnie z nimi sympatyzuje.

Podczas wieczornych wieców i przemarszów ulicami stolicy widać przede wszystkim młodych mężczyzn i młode kobiety, rodziny z dziećmi, ale także ludzi starszych, którzy cierpieli prześladowania podczas reżimu Envera Hoxhy. Rewolucja Flamingów to ruch, który na początku stanął w obronie dwóch rezerwatów przyrody: bezludnej wyspy Sazan i mokradeł Laguny Narta w Albanii, gdzie żyją różowe flamingi.

Kto tym rezerwatom zagrażał? Otóż rząd w Tiranie zdecydował cofnąć ochronę tych unikatowych terenów, by oddać je w ręce amerykańskiego miliardera Jareda Kushnera – zięcia Donalda Trumpa – który planuje wybudować tam luksusowy megakurort. Na teren rezerwatów wjechały buldożery niszcząc nie tylko naturalne siedliska ptaków, ale burząc także znajdujące się tam domy – ponoć zbudowane nielegalnie. Ponadto wprowadzono prawo, które pozwala państwu przejąć majątki pozostawione na terenie Albanii przez tych, którzy wyemigrowali. Ekologiczny protest przerodził się w bunt przeciwko korupcji rządu a na transparentach pojawiło się wezwanie do dymisji premiera.

Protestujący trzymają w dłoniach tekturowe flamingi i skandują: „Albania nie jest na sprzedaż!”. Różowy ptak brodzący w bałkańskim błocie stał się symbolem walki maluczkich z bezduszną machiną oligarchii, międzynarodowego kapitału i aroganckiej władzy, a siłą albańskiego zrywu stała się jego międzypokoleniowość.

Napis na plakacie: „Nazywali nas emigrantami, ale myśmy nigdy nie wyemigrowali!”

Młodzi aktywiści, którzy zorganizowali opór, zyskali potężne zaplecze intelektualne, gdy do protestu dołączyły autorytety moralne, a wśród nich Fatos Lubonja – legendarny pisarz, intelektualista i krytyk totalitaryzmu, który w łagrach Envera Hodży spędził 17 lat. Widok sędziwego Lubonji maszerującego ramię w ramię z młodzieżą, trzymającego w ręku różowego flaminga, porywa pełnych nadziei nastolatków, marzących o lepszym świecie.

Nawet jeśli nie położą kresu korupcji, to dobro, jakie już dokonuje się podczas tej społecznej mobilizacji, warte było zachodu. Nawet jeśli nie wygrają, to już zwyciężyli. Jakie dobro mam na myśli? Starzy i młodzi odkryli wspólne marzenia, o które chcą razem zawalczyć. Ludzie zjednoczyli się ponad podziałami, odcinając się od wszelkich partii politycznych.

W upalne dni demonstranci częstują policjantów wodą. Aby umożliwić wielopokoleniowym rodzinom udział w demonstracjach, organizują mobilne przedszkola. Po wieczornych protestach wolontariusze wyręczają służby porządkowe w sprzątaniu.

W sobotni wieczór wybrałem się do centrum miasta, by samemu przekonać się o entuzjazmie protestujących i zrobić trochę zdjęć. Mimo trzydziestostopniowego upału tłum nie tracił animuszu. „Przychodzę tu codziennie” – mówi mi współpracowniczka jezuitów i jest zdecydowana wytrwać do końca, do zwycięstwa. Spotykam Albańczyków, którzy przyjechali tu z zagranicy, by ratować swój majątek.

Duże wrażenie zrobiło na mnie niespełna dwuletnie dziecko trzymające różowego flaminga i maluchy, które pod kierunkiem przedszkolanek rysowały pastelami różowe ptaki.

Dwugłowy albański orzeł powiewał nad głowami protestujących. Zgrzewki wody mineralnej wtoczone w tłum na wielkim wózku, przypominały o bezinteresowności i wzajemnej trosce. Obywatele innych krajów wyrażali na transparentach swoją solidarność.

Wysoko nad tłumem unosił się dron transmitujący protest w telewizji. Policja trzymała się z daleka w zaparkowanych przy sąsiednich ulicach radiowozach. To kwestia czasu, gdy dołączy do protestujących.

fot. jezuici.pl