(Prof. Władysław Stróżewski z uczniami - fot. K. Klimek)

(Prof. Władysław Stróżewski z uczniami – fot. K. Klimek)

Filozof, prof. Władysław Stróżewski, otrzymał srebrny medal Gloria Artis, nadawany przez Ministerstwo Kultury osobom szczególnie zasłużonym dla kultury. Długoletni wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego (doctor honoris causa tej uczelni) oraz Akademii Muzycznej. Obecnie prowadzi zajęcia na Akademii Ignatianum.

Barbara Szymańska: Czy bycie filozofem to rodzaj powołania albo otrzymany talent, który można pomnażać, czy raczej umiejętne posługiwanie się narzędziami i metodami filozoficznymi?

Władysław Stróżewski: To jest dobre pytanie dlatego, że uprawianie filozofii w pewnej mierze jest wszystkim tym. Jest na pewno zdobywaniem pewnej wiedzy, bez tego, oczywiście, nie ma filozofii. Ta wiedza powinna być wystarczająco szeroka, żeby nie zacieśnić się w jakiejś jednej wąskiej problematyce albo w jednym wąskim kierunku filozoficznym. I dlatego studiując filozofię powinno się czytać bardzo różne rzeczy, nawet jeżeli, powiedzmy, jeden z kierunków czy jeden problem ciągnie człowieka najbardziej i w jakiejś mierze decyduje o tym, co potem będzie się robiło. Z tym, że tym, co jest absolutnie najważniejsze jest myślenie. Myślenie nad każdym zdaniem, które się czyta, ale także myślenie nad własnymi problemami, które się nasuwają. Myśleć tak długo, jak długo się da, jak długo nasuwają się jakiekolwiek wątpliwości, jeśli jest jakikolwiek cień wątpliwości, to nie odsuwać tego tylko brać byka za rogi i starać się rozważyć rzecz właśnie do końca. Ten koniec jest, niestety, nieuchwytny dlatego, że on się ciągle zmienia, ciągle oddala, ale ciągle fascynuje, dlatego możnabyłoby powiedzieć, że potrzebne jest pewnego rodzaju powołanie, żeby utrzymać się w tym napięciu – filozoficznym napięciu i tej filozofii się poświęcić – po-święcać.

W nazwie filozofii jest coś bardzo ważnego, bo jest sofia, czyli mądrość, ale jest też philein, które znaczy po prostu kochać. Ten moment miłości czasami jest zapoznawany przez ludzi zajmujących się filozofią. W filozofii emocjonalny czy powołaniowy stosunek jest niesłychanie ważny. Trzeba sobie zdać sprawę z tego, że filozofia w gruncie rzeczy nie obiecuje żadnych praktycznych rezultatów. Ją się uprawia dla samej wiedzy czy mądrości, po to żeby wiedzieć i to wiedzieć coraz głębiej. Jeśli ktoś studiuje filozofię czy chce studiować filozofię po to, żeby na niej zarobić, niech od razu zajmie się czymś innym. Bo filozofię można uprawiać tylko wtedy, gdy uprawia się nią dla niej samej. Filozof musi myśleć nieustannie. Ale myślenie tak właściwie jest jakimś opętaniem filozofa, nie można przestać myśleć.

Pan Profesor często powtarza za Ingardenem, że na studia filozoficzne przychodzi się po to, by nauczyć się czytać i pisać. Czy to jest pewnego rodzaju sposób w jaki prowadzi Pan Profesor seminarium metafizyczne?

W jakimś sensie tak, choć nie zawsze mi się to udaje, dlatego że tego pisania jest za mało. Są pisane protokoły, czasem lepiej, czasem gorzej, ale w takim klasycznym seminarium metafizycznym powinno się pisać prace seminaryjne na tematy związane z tym, co się wtedy robi, a tak robota seminaryjna na filozofii powinna polegać na czytaniu, na nauce czytania. Czytać tekst w taki sposób, żeby nie tylko go zrozumieć, ale żeby domyśleć jego założenia wszystkie. Wydaje mi się, że zawsze warto mieć na uwadze miejsce w którym dany tekst się znajduje w toku wielkiej historii filozofii, bo historia filozofii sama jest filozofią. Historia filozofii jako filozofia właśnie jest zawsze w każdym swoim fragmencie, w każdej swojej fazie ważna i nie starzeje się. Filozofia nie jest wyłącznie, ale jest na pewno także nieustannym nawracaniem to tego, co już było. Przykłady współczesne są niezwykle pouczające: ile nawiązań do starożytności miał Heidegger, czy to do Parmenidesa, czy Heraklita, nie mówiąc już o Platonie i Arystotelesie. Jeden z naszych filozofów, za wcześnie zmarły niestety, nasz przyjaciel, Jerzy Perzanowski nawiązywał w sposób niesłychanie twórczy do Leibniza, pokazując także pewien sposób filozofowania, który Leibniz uprawiał. Ciągle te nawroty istnieją.

Oczywiście są czasami takie tendencje z góry zakładające potrzebę wracania do czegoś, tak było z neotomizmem, który przyniósł więcej szkody, niż pożytku, ale wracanie do św. Tomasza i jego oryginalnych dzieł jest rzeczą niesłychanie pożyteczną i bardzo ważną. Tutaj mamy przykład naszego obecnego seminarium, kiedy z zachwytem czytamy Quaestiones disputatae De Potentia Dei. Ogromnie mi się podoba, to co kiedyś powiedział Henryk Elzenberg, że w filozofii nie chodzi o to żeby osiągnąć rozstrzygnięcie niepodważane i ostateczne, raczej o to żeby wszystkie drogi filozofowania pozostały otwarte. Chodzić różnymi drogami, nawet jeśli na myśli ma się jeden problem, ale różne sposoby podejścia, różne drogi, które do niego prowadzą.

Teraz już całkiem pro domo mea, nie wiem czy za to nie będę skarcony, ale ogromnie mi zależało od samego początku założenia seminarium metafizycznego w Ignatianum, żeby pokazywać studentom i czytać z nimi różne teksty. Czasami od Sasa do lasa, bo to był i św. Tomasz, którego żeśmy De ente et essentia bardzo szczegółowo w swoim czasie czytaliśmy, to był także Spinoza, to był także Leibniz, to był kawałek Hegla, to był Spór o istnienie świata Ingardena.

Czytane w oryginalnych językach…

Czytane w oryginalnych językach i to było cudowne, dlatego, że jeśli chodzi o Spinozę mogliśmy korzystać, dzięki życzliwości bibliotekarza Ignatianum, z tekstu bodajże XVII albo XVIII-wiecznego, w każdym razie był to starodruk, którego z pietyzmem braliśmy do rąk i było to pewnego rodzaju przeżycie natury emocjonalnej.

Zatem mylą się Ci którzy wieszczą koniec filozofii? Bo tak, jak Pan Profesor zaznaczył, filozofia to niewyczerpywalne źródło…

Tak myślę, ale może ja się mylę. To jest kwestia właśnie philein, czyli umiłowania tej filozofii. Ja w każdym razie na filozofii się nie zawiodłem i póki mi jeszcze życia starczy i tak będę się poświęcać filozofii, no może jeszcze słuchaniu muzyki.

Chciałabym zapytać o relację mistrz – uczeń. Którzy Mistrzowie i uczniowie, zapadli Panu Profesorowi szczególnie w pamięć?

Mam kilku takich. A w ogóle ten problem mistrz-uczeń jest niesłychanie ważny. To jest sprawa od której odeszliśmy wskutek tych idiotycznych testów, punktów, sprawdzania niby to obiektywnego. Ja widzę na przykładzie moich wnuków, że oni za każdą jakąś odpowiedź otrzymują najpierw stopień, później ten stopień się przelicza na punkty, te punkty się zlicza i w zależności od tego uzyskuje się syntetyczny stopień. Uważam, że to jest kompletny nonsens i nigdy tego nie będę stosował w swojej praktyce dydaktycznej i nigdy tego nie stosowałem. Tak samo jak nie lubię egzaminów testowych, także przy egzaminowaniu z filozofii. Mój sposób sprawdzania wiedzy czy umiejętności czy wręcz tej miłości do filozofii, jest taki, że muszę mieć studenta przed sobą. Ja muszę mu patrzeć w oczy, a on mnie. Najbardziej cieszę się wtedy, kiedy widzę, że student na bieżąco myśli i próbuje odpowiedzieć na kanwie tego co umie, czego się nauczył, to jest cudownie, bo wtedy zaczyna się rozmowa, dyskusja. W takiej dyskusji zarówno on się uczy, jak i ja.

Pamięta Pan swoje egzaminy na studiach?

Pamiętam. Na moich pierwszych studiach filozoficznych najlepszym egzaminatorem był Profesor Swieżawski, ja do dzisiaj pamiętam niektóre pytania, jakie mi stawiał, bo kilkakrotnie zdawałem u niego egzamin – z filozofii średniowiecznej, filozofii nowożytnej, a nawet z metafizyki, dlatego że na samym początku na KULu metafizykę wykładał zanim pojawił się Ojciec Krąpiec. U Krąpca były też bardzo dobre egzaminy, takie trochę nieformalne, dużo się mówiło, dyskutowało, ale były także konkretne pytania, problemy, do których Krąpiec przywiązywał dużą wagę: sprawa różnicy między istotą a istnieniem, problematyka analogii, problematyka partycypacji. To były jego główne tematy z metafizyki.

Wspomniał Pan Profesor, że oprócz filozofii, czas poświęca Pan również na słuchanie muzyki. Jest Pan smakoszem muzyki, również w praktycznym aspekcie – grał Pan na fortepianie, ale również na organach. Zatem pytanie jest o pasje muzyczne Władysława Stróżewskiego?

Kilka lat uczyłem się gry na fortepianie. Nauczyłem się gry na tyle, że mogłem grać poważne rzeczy: sonaty Mozarta, sonaty Beethovena, Schumanna, Griega, ale najbardziej lubiłem grać samego siebie, fantazjować na fortepianie – to się nazywa improwizacja muzyczna. Bardzo lubiłem grać również na organach. Zacząłem grać na organach dzięki inicjatywie katechety, z którym znali się moi rodzicie. Któregoś dnia zaproponował mi granie na jego Mszach, w pobliskim kościele u św. Piotra i Pawła. Pamiętam, że pierwsze Msze obsługiwałem razem z moją mamą, która mi mówiła w których momentach mam grać, ponieważ to była jeszcze Msza w starym rycie, ale to był przede wszystkim akompaniament do śpiewu. Śmieszne było, że w tym kościele Piotra i Pawła, siedziało się przy organach tyłem do ołtarza i patrzyło się przez lustro, co się dzieje przy ołtarzu. Nie zostałem zawodowym muzykiem, ale miłość do muzyki mi została, choć musiałem ją dzielić z miłością do filozofii. Ale to się udało połączyć dzięki estetyce.

Ta miłość do muzyki wpłynęła na pańskie badania, jak Pan Profesor wspomniał, estetyczne, ale chyba również aksjologiczne?

Tak, oczywiście. To nie było wprawdzie wiązanie formalne, choć o muzyce trochę pisałem, ale nie tak jak to robią wielcy znawcy muzyki, jak na przykład mój przyjaciel Bogdan Pociej, czy Profesor Tomaszewski. To wszystko się przydało, zwłaszcza potem jak już w Krakowie zacząłem wykłady z estetyki w Akademii Muzycznej i współpracowałem z grupą prowadzoną przez Profesora Tomaszewskiego w ramach Katedry Analizy i Interpretacji Dzieła Muzycznego. W ramach Katedry bywali zapraszani ludzie muzyki, tam poznałem Lutosławskiego, Pendereckiego, Góreckiego, z którym się ogromnie zaprzyjaźniłem, choć widywaliśmy się rzadko. Cudowny człowiek. Z muzyką byłoby mi trudno się rozstać.

Ulubiony utwór muzyczny?

Jest tego dużo. Od początku patrząc jest przede wszystkim Bach, Mozart z jego symfoniami, ale również jego utwory fortepianowe. Dwie ulubione rzeczy Mozarta, które zresztą wielu ludzi lubi – symfonia g-mol i Requiem. Bliski sercu jest koncert potrójny Beethovena, na skrzypce, fortepian i wiolonczelę, nieprawdopodobnie radosny koncert. Był wykonywany przez najgenialniejszych artystów współczesnych: na przykład Richter przy fortepianie, Roztropowicz na wiolonczeli i na skrzypcach Ojstrach. To jest muzyka, która otwiera niebo. Także niezwykle lubię słuchać ostatnich kwartetów Beethovena. Chopin to jest osobny dział, którego nie można nie kochać i jest dziwna rzecz, że im więcej słucham Chopina tym głębiej go rozumiem. Tam są głębie nieprawdopodobne, że ciarki przechodzą. Ja bardzo lubię Brahmsa, jego niemieckie Requiem to jest nieprawdopodobne arcydzieło. Natomiast jeśli chodzi o współczesne utwory, za szczyt XX-wiecznej muzyki uważam Symfonię psalmów Strawińskiego, nieprawdopodobne dzieło. Lubię również polskich kompozytorów – Stabat Mater Szymanowskiego, Pasję wg św. Łukasza Pendereckiego, ale również Tren Ofiarom Hiroszimy, Góreckiego bardzo lubię trzy rzeczy: drugą symfonię – kopernikowską i trzecią symfonię pieśni żałosnych oraz Ad Matrem.

***

Władysław Stróżewski jest autorem prac: Istnienie i wartość (1981), Dialektyka twórczości (1983), W kręgu wartości (1992), Wykłady o Platonie. Ontologia (1992), Istnienie i sens (1994), Wokół piękna. Szkice z estetyki (2002), O wielkości. Szkice z filozofii człowieka (2002), Ontologia (2004), Logos, wartość, miłość (2013).